Zaskakująca decyzja duńskiej instytucji w sprawie Baltic Pipe

Polacy otrzymują cios za ciosem, najpierw sprawa kopalni w Turoszowie, a teraz kolej na strategiczny rządowy projekt Baltic Pipe, który miał zapewnić bezpieczeństwo energetyczne i obniżyć rachunki Polaków za gaz, zawisł na włosku i to rzekomo z powodu … myszy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że chyba bardzo komuś zależy na braku niezależności energetycznej naszego kraju. 

A lubuskie samorządy z siedmiu gmin przez teren, których ma przebiegać gazociąg Goleniów-Lwówek kluczowy element części lądowej projektu Baltic Pipe na terenie Polski, już liczyły wielkie pieniądze z podatków wpływające razem z norweskim gazem ziemnym do ich kasy. Wójt Przytocznej, która jest jedną z tych siedmiu gmin, oszacował przyszłe roczne dochody nawet na poziomie do dwóch milionów złotych. Jak się okazuje być może nie tylko on będzie musiał swoje apetyty i plany z tym związane zrewidować.           

Jak wynika z doniesień medialnych inwestycja może opóźnić się, a w najgorszym wypadku nawet zostać całkowicie wstrzymana. Duńczycy bowiem ni z gruszki ni z pietruszki cofnęli wydane wcześniej pozwolenie środowiskowe na przeprowadzenie gazociągu przez ich kraj. W polskich mediach aż huczy od domniemywań co jest prawdziwą przyczyną takiego zagrania i wcale nierzadko zamiast myszy i nietoperzy, o które nagle się tak mocno zatroszczyli Duńczycy, pojawia się interes dostawcy gazu, od którego Polska tak bardzo chciała się uniezależnić.    

Cofnięcie pozwolenia środowiskowego wydanego w 2019 roku przez Agencję Ochrony Środowiska dziwi o tyle, że wówczas wpływ budowy gazociągu na rozród i inne kwestie z życia myszy jakoś nie spędzał duńskim instytucjom snu z powiek i nie znaleziono żadnych przeciwwskazań do udzielenia zgody na inwestycję. Prace przy budowie będą wstrzymane do czasu wyjaśnienia nagłych rozterek Duńskiej Komisji Odwoławczej do spraw Środowiska i Żywności, która cofnęła pozwolenie.          

Co ciekawe ten mocno zaskakujący dla polskiej strony obrót sprawy wzbudził zdziwienie nawet w grupie zaangażowanych w projekt duńskich inwestorów, którzy również nie spodziewali się na tym etapie budowy takich problemów. Według redaktora naczelnego portalu Biznes Alert Wojciecha Jakóbika, cytowanego przez portal szczecin.tvp.pl, mamy do czynienia z dość osobliwym przypadkiem: ,,Jest to nietypowa sytuacja w duńskim systemie instytucjonalnym, który zwykle jest przewidywalny, przejrzysty…”.            

Ekspert z Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie dr hab. Leonard Rozenberg w wypowiedzi dla portalu szczecin.tvp.pl nie pozostawia złudzeń co do tego o jaką stawkę chodzi i na co się porwaliśmy:          

,,Jest oczywiste, że Baltic Pipe jest konkurencją dla niemiecko-rosyjskiego gazociągu Nord Stream 2, a tym samym gwarancją bezpieczeństwa energetycznego nie tylko Polski. – Przeciwstawiając się inwestycji Nord Stream 2, kiedyś z resztą też Nord Stream, naruszamy gigantyczne interesy. Nie bójmy się tego powiedzieć jasno i otwarcie – balansujemy na krawędzi całkiem niebezpiecznego konfliktu”.             

Z wypowiedzi Iwony Dominiak, rzecznik spółki Skarbu Państwa Gaz-System realizującej ze strony polskiej inwestycję, zamieszczonej przez portal szczecin.tvp.pl wynika, że jak na razie trwają ,,analizy ryzyka i konsekwencji” podjętej decyzji i nie ma jeszcze ostatecznego rozstrzygnięcia w tej sprawie. Polski rząd uspokaja zasiany w mediach niepokój wskazując, że to tylko chwilowe wstrzymanie tylko na tym odcinku budowy gazociągu, która ruszy jak tylko wątpliwości środowiskowe zostaną rozwiane i incydent nie wpłynie na opóźnienie całej inwestycji. Resort spraw zagranicznych planuje rozmowy dyplomatyczne w sprawie przywrócenia pozwolenia środowiskowego wydanego dwa lata wcześniej przez Agencję Ochrony Środowiska. I oby się udało, bo czasu nie ma do stracenia, kontrakt jamalski na dostawę gazu z Rosji wygasa w 2022 roku.                

Opracowanie BC 

Źródło:    

Dodaj komentarz