Czy ustawa antyodorowa rozwiąże problem brzydkich zapachów?

Hodowcy, którzy myślą o założeniu fermy trzody chlewnej czy drobiu lub nawet rozbudowie już istniejących muszą często toczyć o to długotrwałe boje z lokalnymi mieszkańcami, które jednym i drugim potrafią tak zaleźć za skórę, że żyć się odechciewa. Wśród lokalnych doniesień medialnych informacje o protestach ludności, która ma już dość lub boi się hodowli na skalę przemysłową oraz o blokowaniu takich inwestycji, nie należą wcale do rzadkości.                        

Argumenty przeciwko fermom zwierząt hodowlanych są w każdym zakątku kraju takie same, chodzi o ich negatywne oddziaływanie na komfort życia mieszkańców, na środowisko naturalne i oczywiście na finanse. Do najczęściej wymienianych należą skażenie gleby i wód gruntowych odchodami zwierząt, spadek cen nieruchomości, pat w rozwoju agroturystyki, niszczenie infrastruktury drogowej, zagrożenie epidemiczne, no i oczywiście uciążliwy przenikający wszystko smród.         

W regionie lubuskim nawet pandemia nie powstrzymała mieszkańców przed tego typu protestami, a akcja protestacyjna przeciwko wielkiej fermie trzody chlewnej w okolicach Kalska koło Sulechowa na … 36 tys. świń stała się głośna na całą Polskę. Zdesperowani mieszkańcy imali się wszelkich sposobów aby zablokować planowaną inwestycję, od akcji w mediach społecznościowych i protestów pod sulechowskim ratuszem począwszy, poprzez petycję, którą podpisało ponad 5 tys. osób, a na protest songu na kanale YouTube kończąc.        

Protestowali mieszkańcy Kalska, których domostwa miały być zlokalizowane ok. 500 metrów od zabudowań wielkiej fermy świń oraz Brzezia oddalonego ok. 1000 metrów od drugiego planowanego w ramach inwestycji obiektu, a swój sprzeciw argumentowali zagrożeniem chorobami, plagą much i szczurów, zanieczyszczeniem środowiska, a nawet zwracali uwagę na konieczność zachowania odpowiednich warunków życia hodowanych na tak wielką skalę zwierząt. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że sprawą najbardziej zajmującą ich umysły była straszna wizja ton gnojowicy wylewanej na okoliczne pola i unoszącego się już zawsze przenikliwego smrodu.          

Aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom zdesperowanych obywateli i zakończyć raz na zawsze batalie z hodowcami, rząd zajął się sprawą, która nie daje spać nie tylko mieszkańcom Lubuskiego i robi kolejne podejście do przeforsowania projektu tzw. ustawy antyodorowej na mocy, której nie będzie możliwa hodowla zwierząt w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowań mieszkalnych. Co wcale nie znaczy, że fetor zostanie na tyle ograniczony, że mieszkańcy mający podobne problemy jak Lubuszanie z Kalska i Brzezia będą wreszcie zadowoleni, jak i zachodzi pytanie czy na pewno tylko o to w tej ustawie chodzi.

        
Jak donosi bowiem portal money.pl minimalna odległość inwestycji sektora rolniczego, ,,którego funkcjonowanie może wiązać się z ryzykiem powstawania uciążliwości zapachowej” ma być ustalona ustawowo. Do jej wyznaczenia służyć będzie jednostka przeliczeniowa inwentarza DJP, która odpowiada według przyjętych w Polsce norm jednej krowie o masie 500 kg. I tak w przypadku hodowli zwierząt, której wskaźnik DJP nie będzie mniejszy niż 210 przewidziana odległość minimalna od zabudowań mieszkalnych wyniesie 270 metrów, a przy DJP większym niż 500, co najmniej 500 metrów. Czy takie przepisy zadowolą przeciwników hodowli na przemysłową skalę skoro w zależności od warunków atmosferycznych znienawidzony zapach może się unosić w promieniu nawet kilku kilometrów?               

Jednym słowem ustawa może niewiele zmienić, miłośnicy pięknych zapachów będą dalej protestować, a do nich dołączą jeszcze oburzeni rolnicy, którym odmawia się w ten sposób możliwości rozbudowy ferm, co obniży znacznie ich konkurencyjność na rynku, a tym samym zablokuje rozwój oraz skutecznie przeszkodzi w odbudowie zdziesiątkowanej przez ASF krajowej hodowli trzody chlewnej, z czego zagraniczni producenci mięsa na pewno bardzo się ucieszą. Wydaje się, że najwłaściwszym rozwiązaniem tego smrodliwego problemu zamiast skupiania całej uwagi na odległościach, jest raczej zastosowanie w hodowlach na skalę przemysłową nowoczesnych technologii do pochłaniania tych nieakceptowanych społecznie zapachów.     

        
 Niektórzy internauci odbierają projekt ustawy jako kolejny po niesławnej piątce dla zwierząt zamach na polskie rolnictwo, nie bez racji radzą politykom zająć się o wiele bardziej niesłużącym obywatelom smrodem, który ciągnie się za ugrupowaniami politycznymi.

A tak patrząc na tę sprawę z boku, wieś zawsze kojarzyła się ze specyficznym zapachem i było to dotąd normalne. Czy racji więc nie ma internauta podpisujący się ,,uyvyugy”, który w portalu money.pl tak skomentował to, że wszystko teraz stoi na głowie: ,,już coraz mniej zwierząt na wsi – bo przyjadą z miasta i wszytsko dla nich źle – świnie, konie, krowy. Ale kotlety, mleko, dobre ? Morawiecki – niby taki dobry dla wsi ale jak wybory. Najlepiej dla pis- żeby zwierzeta były gdzies w kosmosie – żeby na wsi było jak w mieście. Teraz wieś często , jak małe miasto – ani krowy, konia itd. Po jajka, mleko – do miasta, bo swojego prawie nikt nie ma”.              

Opracowanie BC 

Źródło:    

Dodaj komentarz