Prognozy noworoczne (wideo)

Początek roku, a zarazem początek dekady to tradycyjnie powód do prognoz, spekulacji i wróżb dotyczących bliższej i dalszej przyszłości. Ludzie chcą wiedzieć, co nas czeka, w którą stronę potoczą się wydarzenia, szczególnie w tych czasach, tak zakręconych, pełnych niepewności i obaw.

Wróżenie wychodzi mi dość słabo, ograniczę się więc do opisania tego, co coraz wyraźniej widać, a co zdaje się być spełnieniem strasznych wizji autorów takich jak George Orwell czy Aldous Huxley. Idziemy w stronę nowego, wspaniałego świata, w którym prawdę obowiązującą w danym dniu ustala Ministerstwo Prawdy a tymi, którzy w te prawdy powątpiewają, zajmuje się Policja Myśli. Ogół społeczeństwa, jeśli można określić to społeczeństwem, spędza życie na pracy, prostych rozrywkach i seksie, nie mając czasu ani ochoty na zadawanie trudnych pytań, ani, tym bardziej, na szukanie nań odpowiedzi. Zresztą panująca nowomowa – taka udoskonalona wersja poprawności politycznej – uniemożliwia wyrażanie głębszych i logicznych myśli, odbiegających od prostych kwestii codziennej pracy i rozrywki.

Z pozoru wydaje się dziwne, że, pomimo opisania już dość dawno niebezpieczeństwa takiego rozwoju wydarzeń, nie zrobiono nic lub prawie nic, by temu zapobiec. Cóż od zamierzchłej przeszłości ludzie nie słuchają Kasandr. Orwella, Huxley’a i wielu im podobnych zmarginalizowano, nie traktując ich poważnie.

Z czasem pojawiło się wiele relacji i ostrzeżeń autorstwa agentów Imperium Zła, którzy przeszli na drugą stronę. Już od ponad pół wieku, dzięki wypowiedziom i publikacjach Galicyna, Volkovoffa, Suworowa czy Bezmienowa możemy wiedzieć, co znaczy: agent wpływu, śpioch, orkiestra, rezonator, montaż, maskirowka, dezinformacja, dywersja ideologiczna, przewrót ideologiczny. A jednak przeciwdziałamy temu mało albo wcale, kierując się nie tylko niewiedzą, lecz i – a może przede wszystkim – bieżącym interesem kosztem spraw strategicznych, najważniejszych dla istnienia państwa, narodu i wolności obywatelskich. I choć wiedziano o nasyceniu krajów zachodnich sowiecką agenturą, to wyobrażano ich sobie jako typowych szpiegów na wzór Bonda z popularnych filmów. Związek Sowiecki uważano za takie normalne państwo, trochę inne od zachodnich demokracji, a może i lepsze. W tej ułudzie trwano całe dziesięciolecia.

Krótko po rozpadzie Związku Sowieckiego Włodzimierz Bukowski został dopuszczony do archiwum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. W czasie krótkiej, acz intensywnej kwerendy udało mu się skopiować wiele dokumentów, stanowiących jednak znikomy ułamek zgromadzonych zbiorów. Opublikował je w książce Moskiewski Proces, w oryginale Judgment in Moscow. We wprowadzeniu do niej napisał znamienne słowa: Tu, w tych papierach, można znaleźć początki i zakończenia wszystkich tragedii naszego krwawego stulecia, a ściślej jego minionych trzydziestu lat. Te ostatnie trzydzieści lat to tak od lat sześćdziesiątych.

Dokumenty opublikowane przez Bukowskiego znacznie rozszerzyły wiedzę o rozbudowanej zagranicznej działalności sowieckich służb. Niemniej dotyczyły one działań mieszczących się w klasycznych pojęciach wywiadu lub zbliżonych do niego. Z kolei Jerzy Bezmienow w swym wykładzie w Los Angeles stwierdził, że działania typowo szpiegowskie pochłaniają zaledwie 10 do 15% pieniędzy i potencjału angażowanego przez sowieckie służby zagranicą. Pozostałe 85 – 90% to działania na rzecz przewrotu ideologicznego, czyli demontażu państwa. I efekty tych działań widzimy dzisiaj zarówno w Polsce jak i w krajach europejskich czy USA. Warto zobaczyć ten wykład sprzed lat, by ujrzeć jak to, co było wtedy sensacyjnymi wizjami, uważanymi często za konfabulacje, staje się na naszych oczach rzeczywistością. Wykład dostępny jest w Internecie:

Krótko mówiąc, Bezmienow ostrzega, że fałszywe jest przekonanie, iż żyjemy w pokojowych czasach. Przeciwnie, jesteśmy obiektem agresji. Agresji niemilitarnej z inwazją wojsk pancernych i nalotami, bo – jak uczyli już 2,5 tysiąca lat temu chińscy stratedzy – jest to najmniej efektywny rodzaj podboju. Jesteśmy obiektem agresji ideologicznej, polegającej na zburzeniu naszego systemu wartości, deprecjacji państwa i jego instytucji, doprowadzeniu do ostrych konfliktów społecznych, podziału społeczeństwa na zwalczające się grupy. Po prostu rozkład państwa, niemożność wspólnych działań, chaos, a w konsekwencji zaprowadzenie porządku przez kogoś z zewnątrz. Ten scenariusz z powodzeniem przeprowadziła Rosja, w XVIII wieku, w Rzeczypospolitej – a teraz szykuje nam replay.

Spójrzmy na Amerykę. W trakcie poprzedniej kampanii prezydenckiej pojawiły się oskarżenia o współpracę lub dziwne związki z Rosją zarówno wobec Donalda Trumpa jak i Hilary Clinton. Uważano, że źródła tych podejrzeń tkwią w rosyjskich przeciekach. Wielu było zdezorientowanych: to kogo popierają w końcu Rosjanie, Trumpa czy Clinton? Ani jej, ani jego, tylko rozwalanie Ameryki. Dlatego gotowi są dostarczać Trumpowi materiały obciążające Clinton i odwrotnie. Im więcej zamieszania, niepewności, oskarżeń i wrogości, tym lepiej.

Zantagonizowanie społeczeństwa amerykańskiego doprowadziło do tego, że w ostatniej kampanii, ani ujawnienie podejrzanych związków Bidena i jego syna, ani niejasności podatkowych Trumpa nie wpłynęły na zmianę notowań kandydatów, czego dotychczas w Ameryce nie było. Taki jest efekt zacietrzewienia i zaślepienia. A wynik wyborów jest taki, że nie wygrał ani Biden, ani Trump tylko wrogowie Ameryki. Kolejny krok do społecznych konfliktów, destabilizacji państwa i deprecjacji jego organów.

A teraz doszło do tego, że Twitter zablokował konto urzędującego prezydenta i oburzyło to tylko jego zwolenników. Zwolennicy Bidena wyrażali zwykle aprobatę. Wiem co Trump napisał. Nie w tym sedno sprawy. Usta prezydentowi zamknął nie sąd ale prywatna firma, stosująca kryteria sobie jedynie znane i przez siebie ustalone. Tworzy się więc instytucja władzy, bardzo wpływowa, której nikt nie wybrał, nikt nie powierzył jej takiej władzy. Dokładna realizacja scenariusza przedstawionego przed laty przez Bezmienowa. Działalność i bezkarność w państwach demokratycznych informatycznych gigantów, bo nie tylko o Twittera tu chodzi, zdąża wprost do realizacji orwellowskiej wizji Wielkiego Brata, śledzącego każdy ruch poddanych i pilnującego ich prawomyślności. Jeśli można bezkarnie uciszyć prezydenta największego mocarstwa, to można już wszystko. I to wszystko w kraju, który wolność słowa uważa, a może uważał, za kamień węgielny swojej państwowości.

W Polsce podział na dwa plemiona istnieje od lat. Największa partia opozycyjna ogłosiła się opozycją totalną, czyli zapowiedziała, że jej głównym celem jest walka z rządzącymi bez względu na interes kraju. I czyni to konsekwentnie przez ostatnie sześć lat. Rządzący też nie pozostają daleko w tyle, odrzucając z definicji propozycje nie pochodzące z własnych szeregów. Nawet te rozsądne, jakie czasami uda się opozycji wygenerować.

Postępuje deprecjacja instytucji państwa. Nazywanie Trybunału Konstytucyjnego Trybunałem Julii Przyłębskiej czy prezydenta długopisem Kaczyńskiego to tylko niektóre przykłady. Jest to tym, co Bezmienow nazywa demoralizacją. Dodajmy do tego upadek autorytetów i edukacji. Coraz większe ograniczanie młodzieży poznania uporządkowanej, gruntownej wiedzy i logicznego myślenia, a w zamian wprowadzanie ładnie brzmiących programów wzbudzających zamęt aksjologiczny.

Czy to znaczy, że Ewa Kopacz, Marta Lempart czy wreszcie szef Twittera są sowieckimi agentami? Niekoniecznie, choć wykluczyć tego, oczywiście, nie można. Działanie agresora ideologicznego polega na wzmocnieniu ruchów dezintegrujących i demoralizujących, jakie w każdym społeczeństwie można znaleźć. Są, lecz nie mają większego znaczenia. Taki ruch, wzmocniony dzięki pieniądzom i know-how agresora, rośnie dalej własnym rozpędem i/lub przy wsparciu innych ośrodków, równie wrogich zaatakowanemu społeczeństwu. To, czy ktoś inny wspiera dezintegratorów lub przejmuje kontrolę nad nimi, nie jest z punktu widzenia agresora istotne. Liczy się kierunek, w którym to wszystko zmierza.

Czy można temu przeciwdziałać?
Tę wojnę przegrywamy i choć teoretycznie wszystko jest możliwe, szans dużych nie ma. Im dalej posunięta demoralizacja, tym trudniej to odwrócić. Wymaga to podjęcia jak najszybciej zdecydowanych i długofalowych działań, przede wszystkim w dziedzinie edukacji. Jest jeszcze sporo nauczycieli normalnie myślących, którzy przy wsparciu państwa mogą wychować młode pokolenie w duchu cywilizacji łacińskiej. Cywilizacji, której cechą charakterystyczną jest indywidualna odpowiedzialność człowieka, dążenie do prawdy obiektywnej i zdolność logicznego myślenia.

No i odrodzenie religii, w naszym przypadku katolickiej. Jak tego dokonać, nie mam recepty. Jest to jednak niezbędne dla naszego przetrwania. Kilkutysiącletnia już historia ludzkich cywilizacji pokazuje jasno, że nie przetrwała żadna, która porzuciła religię, na której systemie wartości była oparta. To jest żelazne prawo historii, od którego nie ma wyjątków.

Jest więc źle, a będzie jeszcze gorzej. Jedyną nadzieją jest to, że historia, wbrew marksistowskim bajdurzeniom, nie jest zdeterminowana i jest nieprzewidywalna. W naszych dziejach były już sytuacje beznadziejne, z których cudem wychodziliśmy. W czasie, gdy Bezmienow wygłaszał swój wykład w Los Angeles, mało kto wierzył, że imperium sowieckie może upaść. A dzisiaj już o nim zapominamy.

Zbigniew Kopczyński

Dodaj komentarz