Dyplomacja religijna. Co to takiego i dlaczego Polska w niej nie uczestniczy? – 30% alb0 L

Na całym świecie wzrasta rola religii. Na całym świecie, może poza Europą Zachodnią, częścią Ameryki Północnej (Kanada) i Australią.

We wszystkich państwach z listy dziesięciu najludniejszych krajów naszego globu (poza dziesiątą Japonią) obserwujemy ożywienie religijne. Przekłada się to również na wybory polityczne.

Donald Trump w USA czy Jair Bolsonaro w Brazylii wygrali wyścig prezydencki dzięki odwołaniu się do świadomego elektoratu chrześcijańskiego i głosom raczej „gorących” niż „letnich” wierzących. Niedawne obalenie rządów Evo Moralesa w Boliwii dokonało się także pod hasłami religijnymi – nieprzypadkowo przywódcy opozycji wchodząc do pałacu prezydenckiego w La Paz trzymali w dłoniach egzemplarze Biblii. W sąsiedniej Wenezueli na konflikt polityczny między zwolennikami i przeciwnikami Nicolása Maduro nakłada się ostry konflikt religijny, w który uwikłany jest również tamtejszy Kościół.

Splot religii z polityką dotyczy jednak nie tylko chrześcijaństwa. Osiągnięte drugi raz z rzędu miażdżące zwycięstwo Indyjskiej Partii Ludowej w wyborach parlamentarnych było możliwe jedynie dzięki mobilizacji wyznawców hinduizmu oraz skupieniu ich wokół wyznaniowego programu „szafranizacji” (nazwa pochodzi od szafranu, czyli koloru, jaką ma kaszaja – szata noszona przez hinduskich mędrców zwanych sanjassinami).

Także przywódcy Chin zdali sobie sprawę, że nie powstrzymają dłużej religijnej fali, jaka przetacza się przez ich ateistyczne państwo. Dlatego zmienili swą taktykę i podczas XIX Zjazdu Komunistycznej Partii Chin w 2017 roku ogłosili program „sinizacji religii”. Od tej pory różne wiary, zamiast być otwarcie zwalczane, mogą zyskać możliwość rozwoju – pod warunkiem jednak, że dostosują swoje nauczanie do warunków narzuconych przez Pekin i nie przekroczą „cienkiej czerwonej linii”.

Wiele kroków podejmowanych przez polityków na świecie wydaje nam się niezrozumiałych, jeśli nie weźmiemy pod uwagę czynników religijnych, jakie za nimi stoją. Tylko tak wytłumaczyć można np. niedawną decyzję Donalda Trumpa, by uznać Jerozolimę za stolicę Izraela oraz przenieść tam ambasadę USA, a następnie by uznać legalność żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Ten ostatni akt przyjęty został z niezadowoleniem przez większość (bo aż 78 proc.) amerykańskich Żydów.

Trump podjął jednak swą decyzję nie z myślą o amerykańskich Żydach, którzy stanowią zaledwie 1,8 proc. tamtejszego społeczeństwa, lecz z myślą o przedstawicielach tzw. syjonizmu chrześcijańskiego, którego liczebność szacowana jest w USA na 70 milionów dorosłych wyborców. Owi syjoniści chrześcijańscy to reprezentanci głównie wspólnot protestanckich, zwłaszcza ewangelikalnych. Ich poparcie dla państwa Izrael wiązane jest z Bożym błogosławieństwem oraz wynika ze specyficznego odczytania Biblii. Trump wie, że bez ich głosów nie zostanie prezydentem (po polsku jako jedyny o tym zjawisku pisze od dawna amerykański historyk Philip Earl Steele, mieszkający w naszym kraju od 1990 roku – odsyłam do jego prac na ten temat).

Wiele rządów na świecie wyciągnęło wnioski ze znaczenia religii w życiu politycznym, inicjując nowy rodzaj działalności zagranicznej, zwanej dyplomacją religijną. Prawdziwymi mistrzami w tej dziedzinie są Izraelczycy, a zwłaszcza ich premier Benjamin Netanjahu potrafiący jak nikt inny mobilizować elektorat syjonistów chrześcijańskich w USA na rzecz swojego kraju.

W skali globalnej w dyplomacji religijnej bardzo aktywne są rządy państw muzułmańskich. W wielu przypadkach trudno jest nawet odróżnić działalność polityczną od religijnej. Dzieje się tak, gdy władze tych krajów np. budują za granicą meczety, finansują funkcjonowanie medres czy animują powstawanie tam islamskich centrów kultury. W ten sposób placówki religijne stają się ośrodkami wpływu różnych państw, np. Arabii Saudyjskiej, Turcji czy Iranu.

Dyplomacja religijna jest więc formą zabezpieczania własnych interesów. Przy czym ów interes może być zgodny z interesami tych, którym sprzyjamy. Przykładem tego jest np. rywalizacja między Stanami Zjednoczonymi a Rosją o miano kraju, który jest dziś największym obrońcą chrześcijaństwa w skali globalnej.

W 1999 roku Bill Clinton powołał do życia nowy urząd – pełnomocnika rządu do spraw wolności religijnej w randze ambasadora. Dziś funkcję tę pełni senator Samuel Brownback, jeżdżący niestrudzenie po całym świecie i nie ustający ostatnio w atakach na komunistyczne władze Chin za prześladowanie chrześcijan, muzułmańskich Ujgurów czy członków sekty Falun Gong.

Na Bliskim Wschodzie to jednak Rosja uchodzi za głównego protektora i dobrodzieja chrześcijaństwa. Przywódcy Kościołów wschodnich podczas swych spotkań z Władimirem Putinem dziękowali mu publicznie, wielokrotnie podkreślając, że gdyby nie rosyjska interwencja zbrojna w Syrii, to wyznawcy Chrystusa w tym kraju padliby ofiarą ludobójstwa z rąk islamistów z ISIS.

Najmniej zrozumienia dla dyplomacji religijnej jest bez wątpienia w Europie Zachodniej. W dużej mierze wynika to z faktu, że unijne elity polityczne uformowane zostały na „przezwyciężeniu myślenia teologicznego”. Ponieważ same są niereligijne, nie potrafią pojąć motywacji religijnej innych ludzi. W związku z tym są bezradne w zrozumieniu pewnych procesów społecznych i kulturowych, jakie odbywają na świecie. Mierzą innych swoją miarą, która pozostaje nieadekwatna do tego, co dzieje się nie tylko w innych rejonach świata, ale nawet w samej Europie, np. w środowiskach imigranckich.

Jednym z niewielu wyjątków w Unii Europejskiej jest Viktor Orbán, który nie tylko ma te sprawy przemyślane, ale wyciągnął odpowiednie wnioski i prowadzi aktywną dyplomację religijną. W ten sposób buduje na świecie kapitał moralny, a wraz z tym polityczny swojego państwa. Pisałem o tym niedawno na portalu wPolityce:

– Dlaczego to Węgry a nie Polska uchodzą dziś za największego obrońcę religii chrześcijańskiej w Europie?

Odnoszę wrażenie, że o ile niektóre państwa na świecie są już bardzo zaawansowane we wdrażaniu w życie różnych strategii dyplomacji religijnej, o tyle elity w naszym kraju muszą sobie najpierw dopiero uświadomić, że takie zjawisko w ogóle istnieje.

autor: Grzegorz Górny

Get involved!

Comments

@peepso_user_63(Monika)
To smutne, że do dziś słowo 'sekta' pojawia się w artykułach wspominających o Falun Gong. Na tym właśnie zależało Komunistycznej Partii Chin, gdy 20 lat temu rozpoczynała prześladowania tej praktyki samodoskonalenia duchowego. "Zniszczyć ich reputację" było jednym z haseł rozpoczętej wówczas kampanii oszczerstw. Kampania była zakrojona na niespotykaną skalę i wykorzystywała także zachodnie media. Jej echa słychać do dzisiaj. Falun Dafa nadal jest prześladowane w komunistycznych Chinach. Ludzie są zamykani w obozach pracy, torturowani, a najstraszliwszym przejawem represji jest grabież organów od żyjących osób, której ofiarami padają przede wszystkim praktykujący Falun Gong. Nazywanie praktyki "sektą" ułatwia reżimowi zadanie - odczłowiecza ofiary. Niestety powtarzanie tego słowa w artykułach, powtarzanie propagandy KPCh, jest jak mimowolne przyczynianie się do prześladowań.
4 stycznia 2020 00:56