50 lat temu płonęła łódzka katedra – Jan Szałowski

Dzisiaj przypada 50.a rocznica pożaru łódzkiej katedry. Wtedy także był wtorek i także dzień 11 maja. Drugi dzień matur pisemnych rocznika 1971. Tego dnia pisano egzamin z matematyki, dzień wcześniej z języka polskiego.

Pożar widoczny był z daleka, gdyż łódzka neogotycka katedra, zbudowana ponad sto lat temu, należała do najwyższych budynków w mieście. Także dzisiaj, zaś jej wyniosła wieża główna, mająca ponad sto metrów wysokości, widoczna jest w panoramie miasta z wyżej położonych miejsc, czy też z wyższych kondygnacji budynków wielopiętrowych. Ogień wybuchł wczesnym wieczorem w trakcie nabożeństwa majowego w przestrzeni między stropem nawy głównej a rozległym wysokim dachem pokrytym miedzianą blachą. Nie pomagało to w akcji ratowniczej, chociaż zaraz ściągnięto do pożaru 30 wozów bojowych, albowiem tylko dwa wozy strażackie na terenie Łodzi posiadały drobiny po rozłożeniu o długości 30 metrów. Bez większego sensu ściągnięto dodatkowy samochód strażacki z odległego o kilkadziesiąt kilometrów Piotrkowa, który posiadał drabinę o długości 20 metrów.

Akcja ratownicza straży pożarnej trwała 12 godzin, do rana dnia następnego, ale dla bezpieczeństwa przez kilka kolejnych dni kilka wozów strażackich stało koło katedry w gotowości. Wprowadzono też na pewien czas nakaz poruszania się tramwajów, jadących ulicą Piotrkowską koło katedry, z prędkością nie przekraczającą 10 km/h, gdyż nie wiedziano w jakim stanie są mury katedry i główna wieża. Mniejsza wieża nad transeptem określana architektonicznie, jako sygnaturka, zawaliła się na strop katedry wraz z całym palącym się dachem.

Dzięki temu, że nie zawalił się strop nawy głównej i nie runęła wieża główna, wnętrze katedry zostało uratowane, chociaż zniszczenia były znaczne. W pierwszej fazie pożaru – nim  rozwinęła się akcja ratownicza – księża, klerycy z pobliskiego seminarium, wierni uczestniczący w nabożeństwie a także przypadkowi przechodnie uratowali znaczącą część wyposażenia ruchomego świątyni. Uszkodzony został ołtarz główny a także katedralne organy. Straty w samej katedrze dotyczyły głównie sklepienia nawy głównej, które stopniowo usuwano, ale aż do grudnia 1972 roku katedra nie była dostępna dla wiernych.

Zaraz po pożarze ruszyła pomoc z całej Polski, biskupi i proboszczowie zachęcali w czasie mszy niedzielnych do składania dodatkowych ofiar. Bardzo to pomogło w renowacji katedry, chociaż największy wkład musiała ponieść diecezja łódzka.

Pożar, jak wspomniałem, wybuchł w drugi dzień matur, następnego dnia miałem pisać – jako przedmiot wybrany – geografię. Nie udałem się z tego głównie względu pod katedrę, jak to zrobiło kilka tysięcy osób, ale sam pożar zrobił na mnie przygnębiające wrażenie.

W tych dniach, my – maturalny rocznik 1971, mamy swoje Złote Matury w nietypowej covidowej otoczce niemocy. Tamten dzień 11 maja wspominam w wierszu „Czas dojrzałości”, zamieszczony w tomiku poetyckim „Kuferek myśli” z września 2008 roku.

Oto jego początkowy fragment:

Nim się urodziłaś

spłonął dach katedry mego miasta

woda spłynęła do nawy głównej

zacieki i spękania przeraziły

późne wtorkowe popołudnie

drugiego dnia matur

a jutro – geografia

którą miałem zdawać

i wtedy pomyślałem:

lepiej by było abym nie zdał matury

niźli miałaby spłonąć Twa świątynia

Lecz Pan nie przyjął mej ofiary

Katedra mojego chrztu wypiękniała

odwiedziłem Cię w rocznicę

i rozesłałem sms-y

okrzyk radości i wołanie o pomoc

I czekam!

Jan Szałowski

  • zdjęcia: J.Sz.

Dodaj komentarz