Między przymusem a wolnością edukowania

Świat antyczny nie znał, ani przymusu szkolnego, ani dzienników lekcyjnych. To z tego świata się wywodzimy.

Było oczywiście średniowiecze, to błogosławione średniowiecze, które dało pierwsze odrodzenie antyku za sprawą mądrego władcy, choć analfabety, Karola Wielkiego. To on zachęcił wędrujących po Europie Zachodniej mnichów irlandzkich, by osiedlili się w jego państwach i dokonali owego wielkiego dla Europy odrodzenia karolińskiego. W 789 roku zarządził, by przy każdej katedrze powstała szkoła. Tak to od tamtego czasu powstawały europejskie elity, które z woli papieża i biskupów powołały pierwsze europejskie uniwersytety, bez których trudno wyobrazić sobie wielkość naszego kontynentu.

Europejskie drogi, wydeptane przez  pielgrzymów i zakładane przez Kościół europejskie uniwersytety dały fundament tego, czym jest poczucie europejskiej wspólnoty dziejowej. To właśnie w czasie gotyckich katedr ku niebu i uniwersyteckich katedr ku wiedzy wylewano fundamenty pod przyszłość naszej wspólnoty cywilizacyjnej czasów nowożytnych, czerpiącej przebogate soki z myśli Greków, Rzymian i Kościoła. Bez tego bogatego podglebia, owych czasów „jesieni średniowiecza”, jak to określił jeden ze znamienitych europejskich historyków,  nie byłoby wielkiego wspaniałego wieloaspektowego skoku cywilizacyjnego, jaki dokonał się w czasie długiego przełomu XV i XVI stulecia. I nie chodzi tylko o odkrycie rozciągniętego kontynentu amerykańskiego i opłynięcie Ziemi, co ostatecznie zamknęło dyskusje na temat kulistości naszej planety. Nowe konstrukcje statków i nowe stopy służące do odlewania wytrzymalszych dział dały poczucie bezpieczeństwa w czasie podróży, które wcale takie być nie musiały. Wynalazek druku dał możliwość szybszego obiegu myśli a także drukowania map, które – jak ta słynna z 1506 roku z napisem Ameryka – składały się z wielu  arkuszy, które następnie należało nakleić na solidne i trwałe płótno, by przetrwały morskie podróże.

Bez szkół katedralnych i uniwersytetów ludzki umysł nie mógłby poszybować tak daleko i tak wysoko, jak to stało się za sprawą cierpliwego geniusza, który postawił głęboko przemyślaną hipotezę, że Ziemia nie jest w centrum Wszechświata, ale Kopernik był także ekonomistą a nawet twórcą zasad działania straży pożarnych. Potrafił także dokonywać w wolnym czasie tłumaczeń z greki na łacinę. To „jesień średniowiecza” dała takich geniuszy nauki. W tamtej epoce – schyłku średniowiecza i początku czasów nowożytnych – podążano ku mistrzom i za mistrzami, o ile ci zmieniali uniwersytet. Od pokoleń tworzyła się europejska elita wiedzy budująca wielkość swoich ojczyzn i krajów osiedlenia.

A to wszystko było bez przymusu. Zawsze znaczenie miało bogactwo domu rodzinnego, ale ludzie Kościoła zawsze potrafili wypatrzeć zdolne dziecko, nawet w środowisku wieśniaczym, czego przykładem może być doskonałe wykształcenie uzyskane przez Klemensa Janickiego, syna polskiego chłopa pańszczyźnianego. Zdobywanie wiedzy było wielką dobrowolną przygodą przez stulecia. We Francji, która charakteryzowała się tym, że niemal w każdej wsi był kościół, społeczeństwo było na dobrej drodze do niemal całkowitego zlikwidowania analfabetyzmu. Ale na tej drodze postępu stanął inny „postęp”, zwany przez masonów Oświeceniem. Jego kulminacją była rewolucja antyfrancuska, która nakierowana w ogromnej mierze na Kościół, spowodowała śmierć wielu kapłanów i zakaz wstępowania do seminariów. I tak oto aż na 50 lat cofnęła się Francja w swoim edukacyjnym postępie.

Przymus szkolny – idiotyzm tamtych czasów, nie był pomysłem francuskim, chociaż mógł czerpać soki z pism ludzi Oświecenia i z takich poglądów, że człowiek jest „białą tablicą”, którą można dowolnie zapisać. Rzeczą wartą rozważenia jest to, iż był jednym z narzędzi bandyckiego państwa, jakimi było państwo brandenbursko-pruskie drugiej połowy XVIII wieku. Dynastia tam rządząca, od końca XVII wieku wyznająca kalwinizm, w opisywanej epoce przeznaczała 80 % dochodów państwa na cele militarne. By je owocnie realizować potrzebowano także tysięcy rekrutów, którzy mieli bez mrugnięcia okiem dzielnie umierać za władcę. Ale ten władca dla wielu z nich był całkowicie obcy. Przykładowo Śląsk – najbogatsza prowincja Prus – chociaż przeszedł ostatecznie pod pruskie panowanie w 1763 roku, to jeszcze w marcu 1813 roku, czyli pół wieku później, król pruski odrębnie zwraca się do Ślązaków, by stanęli w szeregach pruskiej armii w walce z Napoleonem. Prusy były wówczas nadal wielkim mitem, trzymanym siłą bagnetów pruskiej armii.

I tutaj dochodzimy do pomysłu przymusowej szkoły i do pytania, dlaczego ten szatański pomysł narodził się właśnie w państwie pruskim. Szkoła i służba wojskowa mężczyzn to fundamenty władzy państwowej, która potrzebuje mężczyzn wykonujących rozkazy, bez zbędnego zadawania pytań. Prusy to także państwo etatystyczne, które z założenia wie, co jest najlepsze dla ludzi poddanych jego władzy. W Polsce niezwykle popularne są mity o wielkości kultury niemieckiej, o niemieckim porządku i ich rzekomo nadzwyczajnych zdolnościach organizacyjnych. Mało osób zadaje sobie pytanie, jak to wyglądało w przeszłości, więc Polacy praktycznie nic nie wiedzą o zupełnej mierności szkół pruskich pod koniec XVIII wieku a także przez dużą część XIX wieku. Tymczasem badania historyczne oparte o źródła pokazują, że te szkoły stały na przerażająco niskim poziomie. Władcy Prus na wszystkim oszczędzali, więc przykładowo łączono posadę nauczyciela z obowiązkiem bycia organistą w kościele w danej miejscowości. Zapewne nie byli to, ani nadzwyczajni nauczyciele, ani dobrzy organiści. Niemniej ci zapewne potrafili jeszcze czegoś nauczyć.

Gorzej ta oszczędnościowa praktyka wyglądała w odniesieniu do szkół, do których – jako nauczycieli – kierowano wysłużonych żołnierzy, z reguły wojenne kaleki, które już do wojaczki się nie nadawały. Wiedza i umiejętności tych nauczycieli były porażające. Wielu z nich było analfabetami – co dzisiaj jest skrzętnie ukrywane, zupełnie niezdolnymi do nauczenia dzieci czegoś sensownego. Zresztą nie po to byli do tych wiejskich szkół wysyłani. Celem faktycznym powszechnego przymusu szkolnego było codzienne „koszarowanie”, co dawało możliwość  powszechnej indoktrynacji młodych chłopców z wiosek, by byli zafascynowani „swoim” władcą i w razie potrzeby zginęli za niego w dowolnej wojnie przez Prusy prowadzonej. Szkoła kształtowała w małych dzieciach obraz Prus i jego władcy, jako płaszcz otaczający opieką ojca, matkę i dwójkę dzieci płci odmiennych, co widać na ilustracjach propagandowych z pierwszej połowy XIX wieku. Szkoła pruska miała więc ogłupiać a nie nauczać. Niemieckie elity tamtych czasów swoich dzieci do takich szkół nie posyłały, bo to była zwykła strata czasu.

Niestety taki model edukacyjny rozlał się z wolna na całą Europę. W Polsce Odrodzonej, w kwietniu 1919 roku, przymus szkolny został wprowadzony przez państwo W Łodzi się pospieszono i magistrat wprowadził go nawet wcześniej, bez żadnych podstaw prawnych, jak by to dzisiaj powiedziano. Rzecz jasna polska szkoła powszechna okresu międzywojnia nie była obarczona najgorszymi cechami edukacji pruskiej, niemniej zastanawiające jest, że wyłączono z niej dzieci żydowskie, o ile tylko chodziły do chederu, czyli żydowskiej szkoły religijnej. To wyłączenie odbiło się wkrótce, gdy wybuchła wojna,  negatywnie na ludności żydowskiej, gdyż wielu młodych Żydów nie potrafiło poprawie rozmawiać po polsku.

Polski model edukacyjny dopuszczał nauczanie domowe, ale musiało być to zgłoszone z wyprzedzeniem u urzędnika oświatowego. Istniały więc szkoły państwowe, prywatne z uprawnieniami państwowymi, prywatne bez takich uprawnień i raczej niszowe nauczanie domowe. Krótkie międzywojnie, wbrew wielu zastrzeżeniom w odniesieniu do szkół państwowych, raczej solidnie przygotowało Polaków na trudne czasy. Niemniej kult państwa a także osoby Marszałka był dostrzegalny. Doroczną tradycją było obchodzenie w szkołach dnia Marszałka, niczym za czasów monarchii austriackiej, czy też rosyjskiej. Imieniny Marszałka uroczyście obchodzono w szkołach 19 marca każdego roku. Okupacja niemiecka – pomijam sowiecką, która ma inny wymiar  – doprowadziła do degradacji całego systemu edukacyjnego przeznaczonego dla Polaków, ujawniając równocześnie nasze narodowe możliwości organizacji szkolnictwa tajnego. Warto o tym pamiętać, gdy rozważa się kwestie nauczania domowego w czasach współczesnych.

W Polsce powojennej nauczanie domowe spychano na zupełny margines, aczkolwiek nadal tolerowano nieliczne szkoły prywatne, głównie prowadzone przez zakonnice. Sterowane przemiany roku 1989 teoretycznie dały możliwości powstawania szkół prywatnych, ale społeczeństwo nie było na to przygotowane, ani mentalnie, ani finansowo. Nie była tym także zainteresowana, ani „opozycja”, ani władze kościelne w odpowiednim wymiarze. W polskim systemie edukacyjnym – pomimo upływu ponad 30 lat – niewiele udało się zrobić w zakresie nauczania domowego. To raczej dreptanie w miejscu.

Minister Elżbieta Zalewska – teraz na ciepłej posadce w Unii Europejskiej, jako europosłanka, co jej daje dożywotnią emeryturę w odpowiednim wieku – starała się osłabić rosnące z wolna zainteresowanie nauczaniem domowym. Rzucała kłody pod nogi, nakazując rejonizację takiego nauczania tylko do szkoły w województwie, w którym zameldowane było dziecko i wymagając z wyprzedzeniem dostarczenia opinii poradni psychologicznej,  powiązanej wyłącznie z systemem państwa. Obcięła także subwencję dla dziecka nauczanego w systemie edukacji domowej, co oznaczało że do szkoły „egzaminującej” dziecko wędrowało tylko 85 % z sumy, którą szkole przypisywano, gdy dziecko chodziło w trybie normalnym do szkoły. W wypadku dzieci będących z rodzicami za granicą, co np. dotyczy dużej liczby młodych Polaków w Wielkiej Brytanii, praktycznie uniemożliwiono tym dzieciom edukację domową w języku polskim, bajdurząc coś o szkółkach polonijnych lub o innych dziwnych kombinacjach. Rodzice odczuwali to jako próbę wynarodowienia polskich dzieci będących – często tylko czasowo – poza granicami Ojczyzny, zaś w Anglii gdzie jest przecież obowiązek szkolny, polska minister wpychała te dzieci do systemu angielskiego.

Czy możemy cieszyć się zatem z tego, co od niedawna realizowane jest w Ministerstwie Edukacji i Nauki przez ministra Przemysława Czarnka i wiceministra Tomasza Rzymkowskiego, którzy postanowili odkręcić niedorzeczne zmiany wprowadzone przez minister Zalewską? Projekt takiej ustawy narodził się jeszcze w czasie minionej kadencji w środowisku koła Unii Polityki Realnej i był przez ówczesnego posła Bartosza Józwiaka, prezesa UPR, dyskutowany z wieloma osobami ze środowiska Kukiz’15 i z grupą konserwatystów w szeregach PiS-u. To odkręcenie jest niezwykle istotne. Zniesione zostaną zatem: rejonizacja ograniczona tylko do terenu jednego województwa, całkowicie zniesiony będzie wymóg dostarczenia opinii wystawionej przez poradnię psychologiczną i podwyższona zostanie subwencja z przeznaczeniem dla dziecka z nauczania domowego dla szkoły opiekującej się i egzaminującej to dziecko.

To niezbędne minimum, ale moim zdaniem sprawy powinny pójść znacznie dalej. Nauczanie domowe powinno być uznane za równoprawną, i co więcej propagowaną formę kształcenia i wychowywania dzieci w Polsce. Małe dziecko jest bystrym obserwatorem rzeczywistości, ale w sztucznych warunkach nauczania klasowo-lekcyjnego nie jest w stanie wykorzystać swoich możliwości poznawczych, intelektualnych i emocjonalnych. Jest wpisane w system. Ten zaś określa, co dziecko ma poznać i na jakim poziomie nauczania. Podział na klasy, przedmioty i lata nauczania jest w oczywisty sposób sztuczny i, patrząc na to od strony nauczyciela, bardziej przypomina pracę robotnika przy taśmie, niż intelektualny i poznawczy dyskurs z powierzonym sobie dzieckiem. Czy więc minister, który sprawdził się wcześniej, jako pracownik naukowy, wojewoda lubelski i ten, który ze względu na swoją funkcję przez cztery lata musiał stale i owocnie współpracować z kuratorium w Lublinie, dostanie zielone światło, by to wszystko zrealizować?

Budzi nadzieję to, że zarówno minister, jak i wiceminister są absolwentami tej samej renomowanej lubelskiej uczelni. To daje gwarancje ich rzetelności i uczciwości. Pozostaje jednakże pytanie, czy będą mieli odwagę pójść dalej, by uzdrowić polskie szkolnictwo i dać odpowiednie podniety dla rozwoju nauczania domowego.

Nauczanie domowe ma bowiem wielkie tradycje w narodzie polskim. Od Renesansu aż po wielką wojnę a także w czasie drugiej wojny światowej nauczanie domowe dawało solidne podstawy do dalszego kształcenia. W nauczaniu domowym tkwi olbrzymi potencjał rozwoju intelektualnego, moralnego, czy też estetycznego. Istnieją możliwości podróży po kraju ojczystym, jak też wpisania w edukację zwiedzania obcych krajów. I to nie dla prostego zwiedzania, lecz dla kompleksowej edukacji własnych dzieci. Szkoła jest bowiem środowiskiem sztucznym pod każdym względem. Wszystko odbywa się w czterech ścianach sal, o ile pominąć sufit i podłogę. Wycieczki edukacyjne w tym kombinacie z tysiącem dzieci,  jakim są współczesne szkoły, są niemile widziane, bo zaburzają umiłowany przez biurokratycznie myślących ludzi porządek dnia, bo trzeba dać za kogoś zastępstwo itd. Coroczne wycieczki klasowe, niegdyś w dużej mierze edukacyjne, dzisiaj stają się rozrywkowo-integracyjne, czyli w niczym nie różnią się od wakacji. Nie mają zatem znaczenia w procesie wzbogacenia procesu edukacyjnego.

Ale jest jeszcze jeden niezwykle ważny aspekt, istotny dla walorów nauczania domowego. Jest to zakotwiczona w umysłach nauczycieli i  personelu szkolnego „pandemiczna” obawa, by nauczyciel nie zaraził się od któregoś z uczniów. Najlepiej więc, by tych uczniów trzymać na dystans. By ich wyprowadzać na spacer po rozległej wiedzy na smyczy zdalnego sterowania. I tutaj dochodzimy do największej klęski współczesnego nauczania, że wszystko musi być poukładane, bo inaczej uczeń się pogubi. Bez nadzoru, nawet czysto pozornego i wedle takiego myślenia, uczeń jest niczym. Ba, nie uspołecznia się w tej wyimaginowanej społeczności, istniejącej jedynie w imaginacji twórców tych chorych rozwiązań. Większość zdrowo myślących rodziców wie, że to jest wielkie udawanie. To że dzieci są uczone i że te dzieci się uczą. Świat pozorów tak bardzo zagęszczony, że już zwolna mówi się o tym, że po trzech latach dziwnego nauczania (bo najpierw był jeszcze rok bohaterskich strajków nauczycieli), luki w wiedzy są tak wielkie, że zapewne po maturze o obniżonych wymaganiach, trzeba będzie dołożyć dodatkowy rok, nim te niedouczone dzieciaki pójdą na studia.

Gdzie się zatem pogubiono? Jakie błędy popełniono, skoro coraz bardziej było jasne, że system klasowo-lekcyjny ze sztywnym podziałem na przedmioty nauczane w systemie zdalnego nauczania sypie się jak domek z kart. Z dawnych lat szkolnych pamiętam zimę, gdy nie dowieziono węgla (albo też koksu, bo niektóre piece w kotłowniach szkolnych były tylko na koks) do wielu szkół, i by zmniejszyć jego spalanie ograniczono nauczanie z sześciu dni do jedynie trzech. Naszą szkołę mieszczącą się w kompleksie szkolnym przy Podmiejskiej zamknięto i tylko tak ją ogrzewano, by nie popękały rury z wodą przy tej siarczystej pogodzie. Chodziliśmy najpierw przez trzy dni w tygodniu do szkoły istniejącej w dawnej fabryce Stolarowa, gdzie były piece kaflowe opalone od strony korytarza, zaś później przez trzy dni w tygodniu do szkoły na Krochmalnej. Tamte dzieciaki też miały tylko trzy dni nauczania w tygodniu  i dlatego nigdy się nie spotykaliśmy na terenie szkoły. Istotne jest to, że w tamtej epoce, rzec można „siarczystego” komunizmu, który nieco wcześniej wyrzucił religię ze szkół, potrafiono błyskawicznie zorganizować nauczanie przez radio, co było wzorowaniem się na australijskich  rozwiązaniach stosowanych na rozległych terenach interioru, gdzie leżały wielkie farmy hodowlane. To była istotna przewaga, w stosunku do tego co dzieje się dzisiaj, bo system objął cały kraj. Nie było mojej, czy też twojej klasy. Byłem ja i moi rówieśnicy z całej Polski. I jeden nauczyciel przedmiotu mówił sensownie do wszystkich z danego poziomu nauczania. W zeszłym roku szkolnym, już „pandemicznym”, próbowano wykorzystać do tego telewizję, ale potem chyba dzieciaki wróciły do szkół i wszystko umarło. W moim dzieciństwie przez śnieżną siarczystą zimę świat się nie zawalił. Po pewnym czasie wszystko wróciło do normy, bez żadnych problemów. Czy jest dzisiaj zatem jakieś wyjście z sytuacji powszechnego mechanicznego kopiowania szkolnego nauczania na odległość? Czy „zdalne” nauczanie małych dzieci daje „zdolnych” uczniów?

Ja już od dawna znam odpowiedź! Zaznaczmy: wyjściem nie jest udawanie, że wszystko jest w porządku i że jest tylko jedna drobna różnica, zasadzająca się na tym, że tylko chwilowo nie jesteśmy wszyscy w tej samej szkolnej klasie. Tylko jedna różnica! Naprawdę?

I w tym myśleniu tkwi systemowy błąd i  idące za tym stałe samooszukiwanie się. W czasie zaborów, czy też w czasie ostatniej wojny, znaleziono inne skuteczne rozwiązania w postaci nauczania domowego lub samodzielnego uczenia się. Znakomitym przykładem może być postać Karola Wojtyły, który w czasach trudniejszych od czasów dzisiejszej pandemii potrafił pracować i uczyć się, studiując inspirujące lektury. I tak powinno się to zrobić dzisiaj, by dzieci i młodzież lepiej przygotować do samodzielności i odpowiedzialności. Niestety to wymaga przemodelowania całego systemu myślenia ze strony nauczycieli i nadzoru pedagogicznego. I jeszcze większego na poziomie parlamentu i rządu. Wymaga odwagi i odpowiedzialności a ja tego nie widzę, bo najłatwiej jest iść utartymi schematami myślenia. Zdaje się, że istniejącą sytuację koncepcyjnego marazmu w stosunku do sposobów nauczania, są zdolni przełamać jedynie rodzice, którzy zdecydują się wycofać swoje dzieci z nauczania szkolnego i samemu je edukować w domu. Oby odwaga ich nie opuściła w chwilach decyzji, bo kilkanaście tysięcy dzieci w dotychczasowym nauczaniu domowym, to zaledwie drobna zapowiedź możliwej rewolucji edukacyjnej w przyszłości. Oby jak największej, dla dobra dzieci i dla dobra Polski!

Jan Szałowski

Artykuł opublikowany na portalu Prawa Łódź


Dodaj komentarz