Guru kobiet Wojciech Eichelberger albo wgląd w głąb

Wojciech Eichelberger ma dobre rady dla każdego, nawet dla chrześcijan, którzy chcieliby osiągnąć porządny wgląd w naturę rzeczywistości. Najprzód, podpowiada,

rezygnujemy z logicznego i semantycznego rozbioru zdań wypowiadanych przez Chrystusa. Daremny to trud, bo duchowa prawda o naturze rzeczywistości czy – jeśli ktoś woli – o naturze umysłu nie da się pomieścić w żadnych słowach ani zdaniach [1].

I tu już zaczyna się problem, bo Eichelberger przecież nie pokazał tego na migi, tylko wypowiedział – całym zdaniem – bardzo mocne twierdzenie o naturze rzeczywistości, które jednak jakimś cudem mu się w słowach zmieściło. Najwidoczniej i w tym wypadku lepiej zrezygnować „z logicznego i semantycznego rozbioru” [2].

Trzeba – radzi dalej – podążać w przeciwną stronę: by intuicyjnie pojąć prawdę ukrytą w słowach i działaniach Jezusa, trzeba w jakiejś mierze doświadczyć jego stanu umysłu – a żeby to osiągnąć, musimy wyciszyć choć na chwilę zagłuszarkę naszego nawykowego, dualistycznego myślenia i rozumienia (Wariat, s. 292-293).

Mniejsza już o kolejny niebanalny problem, jak ustalić, czy to, czego się doświadcza po zastosowaniu tych wszystkich dobrych rad, jest stanem umysłu Jezusa, czy może raczej stanem umysłu Eichelbergera, ale przecież „dualistyczne myślenie” w tym zdaniu aż bije po oczach! „Trzeba […] podążać w przeciwną stronę”. Czyli jednak są jakieś strony, gorsza i lepsza, i w jedną iść – źle, a w drugą – trzeba. Swoją drogą, na tym właśnie przecież polega udzielanie dobrych rad, toteż gdyby Wojciech Eichelberger rzeczywiście się wyciszył, musiałby chyba zrezygnować z zawodu.

Ale wracajmy do wglądów. Zrazu zdaje się, że wszystkie porządne wglądy są równe. Byle tylko zrezygnować z logicznych i semantycznych rozbiorów, nie myśleć dualistycznie i trochę pokontemplować.

Innymi słowy: praktykujący w ten sposób osiągaliby wgląd w doskonałą, nieskazitelną i wszechobecną Naturę Chrystusa, tak jak buddyści osiągają wgląd w doskonałą, nieskazitelną i wszechobecną Naturę Buddy, a mistycy muzułmańscy w doskonałą, nieskazitelną i wszechobecną Naturę Allaha, a mistycy judaizmu w doskonałą, nieskazitelną i wszechobecną Naturę Jahwe, a praktykujący mistyczny szamanizm osiągaliby wgląd w doskonałą, nieskazitelną i wszechobecną naturę Matki Natury. A gdyby Budda, Mojżesz, Chrystus, Mahomet i Najwyższy Szaman spotkali się na ławeczce w parku Joganandy [to z kolei był jogin praktykujący krijajogę] to z pewnością nie pokłóciliby się o to, jak Prawdziwa Natura się nazywa, bo wszyscy wiedzą, że choć w istocie jest ona bezimienna i bezpostaciowa, to zarazem nosi wszystkie możliwe imiona i przejawia się we wszystkich możliwych postaciach (Wariat, s. 292-293).

Przypomina to trochę nowoczesną ponadwyznaniowość niczym z serialu Mesjasz. Szybko jednak okazuje się, że niektóre wglądy są równiejsze.

Ale powtórzę raz jeszcze, że to buddyjskie zrozumienie dyskursywnego myślenia i języka jako zagłuszarki ducha pozwoliło mi, jak sądzę, odczytać przekaz chrześcijaństwa na głębszym poziomie, a przy okazji odkryć tożsamość i identyczność przesłania wszystkich tradycyjnych religii (Wariat, s. 294).

Ostatecznie najlepiej więc być buddystą, bo wtedy takie cuda odkryjecie, o których wam żaden ksiądz, imam czy rabin nie opowie. A Wojciech Eichelberger – proszę bardzo.

W ogóle jak na człowieka, który uważa język za zagłuszarkę ducha, Eichelberger mówi nadzwyczaj obficie, również o rzeczach, o których nie ma pojęcia i po których prześlizguje się surfując na falach nieodpowiedzialnej paplaniny.

Trzy przykłady z zaledwie kilku kolejnych stron.

Pierwszy przykład to wspólna blaga Wojciecha Eichelbergera i jego rozmówcy – Wojciecha Szczawińskiego. Zagaja Szczawiński:

Idealizowanie i wywyższanie Chrystusa pozostaje w sprzeczności z dogmatem chalcedońskim, ustanowionym podczas czwartego soboru powszechnego biskupów chrześcijańskich w 451 roku. Dogmat ten głosi, że Jezus to „prawdziwy Bóg, prawdziwy człowiek”. A to oznacza przecież, że każdy z nas może osiągnąć poziom Jezusowej świadomości, bo jego świadomość była ludzką świadomością (Wariat, s. 290).

A Eichelberger na to:

To trafne określenie Jezusa. Bardzo mi się podoba. Nie słyszałem tego wcześniej (Wariat, s. 290; wyróżnienie moje).

Pomijam już to, że ktoś zabiera się za odczytywanie przekazu chrześcijaństwa „na głębszym poziomie” nie mając pojęcia – i to po kilkudziesięciu latach „rozwoju duchowego”! – o elementarzu chrystologii. Gorzej, że zamiast się douczyć, daje się nabrać na bałamutne streszczenie chrystologicznej formuły Soboru chalcedońskiego, z której rzekomo miałoby wynikać, że „każdy z nas może osiągnąć poziom Jezusowej świadomości”.

Tymczasem formuła ta mówi coś wręcz przeciwnego: Chrystus jest jednocześnie prawdziwym Bogiem (nie zaś przebóstwionym człowiekiem) i prawdziwym człowiekiem (nie zaś czymś w rodzaju awataru Boga). Nie do pojęcia? Owszem. Chrześcijaństwo bowiem też ma swoje koany, wcale nie gorsze od tych buddyjskich.

Zgodnie ze świętymi Ojcami, wszyscy jednomyślnie uczymy wyznawać, że jest jeden i ten sam Syn, Pan nasz Jezus Chrystus, doskonały w Bóstwie i doskonały w człowieczeństwie, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, złożony z duszy rozumnej i ciała, współistotny Ojcu co do Bóstwa i współistotny nam co do człowieczeństwa, „we wszystkim nam podobny oprócz grzechu”, przed wiekami zrodzony z Ojca co do Boskości, w ostatnich czasach narodził się co do człowieczeństwa z Maryi Dziewicy, Matki Bożej, dla nas i dla naszego zbawienia. Jednego i tego samego Chrystusa Pana, Syna Jednorodzonego, należy wyznawać w dwóch naturach: bez zmieszania, bez zmiany, bez podzielenia i bez rozłączania. Nigdy nie zanikła różnica natur przez ich zjednoczenie, ale zostały zachowane cechy właściwe obu natur, które się spotkały, aby utworzyć jedną osobę i jedną hipostazę. Nie wolno dzielić Go na dwie osoby ani rozróżniać w Nim dwóch osób, ponieważ jeden i ten sam jest Syn, Jednorodzony, Bóg, Słowo i Pan Jezus Chrystus, zgodnie z tym, co niegdyś głosili o Nim Prorocy, o czym sam Jezus Chrystus nas pouczył i co przekazał nam Symbol Ojców [3].

Trudno też nie zauważyć, że końcowe: „jeden i ten sam jest Syn, Jednorodzony, Bóg, Słowo i Pan Jezus Chrystus” to – jakby nie patrzeć – wręcz skrajne „idealizowanie i wywyższanie Chrystusa”. Bardziej chyba nie można.

Drugi przykład to już własna inwencja Wojciecha Eichelbergera. Otóż okazuje się, że aby wyciszyć to zagłuszające ducha dualistyczne myślenie można w tym celu użyć

nawet analitycznego myślenia, by w końcu, tak jak Wittgenstein, dotrzeć do kresu języka i myśli. (Niestety, Wittgenstein w tym miejscu się zatrzymał i popadł w depresję, bo nie znalazł w paradygmacie kartezjańskim żadnej podpowiedzi, co dalej mógłby ze swoim wielkim odkryciem zrobić) (Wariat, s. 293).

Z tym zatrzymaniem się i depresją to przesada. Wprawdzie Wittgenstein zrobił sobie po Traktacie sporą przerwę od filozofowania, ale potem znów się rozkręcił i filozofował niemal do ostatnich dni przed śmiercią (z tego okresu pochodzą uwagi wydane potem jako O pewności). I najważniejsze: o ile znawcy Wittgensteina spierają się, co było jego największym odkryciem, a co porażką, podczepiają go do rozmaitych tradycji (w tym także buddyjskiej) i kłócą się o dziesiątki innych interpretacyjnych drobiazgów, o tyle w zasadzie nikt nie neguje, że filozofia Wittgensteina to wyjście poza paradygmat kartezjański. Studentowi filozofii upierającemu się na egzaminie, że Wittgenstein właśnie w paradygmacie kartezjańskim szukał jakichś „podpowiedzi”, na ogół proponuje się trochę czasu na uzupełnienie elementarnej wiedzy.

Na andronach o dwóch wybitnych Żydach jednak się nie skończyło, bo Eichelberger przypomniał sobie jeszcze trzeciego.

Einstein zaproponował bliższą buddyzmowi nieantropomorficzną i nieteologiczną formułę, gdy stwierdził, że istnieje tylko energia, czyli że wszystko, co się jawi, jest manifestacją jakieś elementarnej, niezróżnicowanej energii (Wariat, s. 295).

Ponieważ jednak w tym momencie ogarnęło mnie już buddyjskie współczucie dla wszystkich istot, nie będę się dalej znęcał nad Eichelbergerem i tylko dla porządku przypomnę, że krążący po Internecie cytat zaczynający się od słów „Wszystko jest energią”, to jedna z najpopularniejszych fałszywek przypisywanych Einsteinowi. Wiedzą o niej nawet angielskie Wikicytaty [4].

To zresztą i tak postęp w „rozwoju duchowym” Wojciecha Eichelbergera. Jeszcze pięć lat temu w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” snuł dziwne opowieści o jakimś „nowym paradygmacie”, podobno potwierdzonym przez „odkrycia fizyki i mechaniki kwantowej uzasadniające widzenie świata jako spójnego organizmu czy hologramu, który jest bytem inteligentnym, z którym trzeba się dobrze komunikować” [5].

Co więcej, w tym samym wywiadzie (przypominam, ogłoszonym w „Wysokich Obcasach”, dodatku do „Gazety Wyborczej”) oznajmił też, że bunt przeciwko szczepionkom to w istocie pokłosie słusznego buntu kobiet wyzwalających się z dominującego męskiego myślenia (tego logicznego i dualistycznego).

Według mnie to kobiety najczęściej próbują wyłamywać się z systemu publicznej służby zdrowia, dostrzegają hipokryzję korporacji farmaceutycznych, są bardziej wrażliwe na patologie systemu edukacji, chemizację żywności, a także na opresyjne działanie kulturowych stereotypów płci. To przecież nieświadoma kontynuacja buntu czarownic, gdy krzyczą: „My chcemy leczyć się ziołami, coś z tymi szczepionkami jest nie tak!”. Współcześnie to głównie kobiety wyrażają krytyczny stosunek do rzeczywistości. Trwa kulturowe starcie męskiego świata racjonalności, sterylnych laboratoriów, fabryk i korporacji z magiczno-naturalistycznym kobiecym żywiołem (Bunt czarownic, s. 45) [6].

Być może jednak powyższa erupcja męskiej fantazji to tylko rezultat nieumiarkowanej skłonności Wojciecha Eichelbergera do kobiecego żywiołu. Już wiele lat wcześniej ostrzegali go przed tym nawet koledzy-buddyści:

Uważam również, że Twoje kreowanie się w mediach na guru kobiet, który zrozumie każde niewieście serce, jest żenujące. Twoja ulubiona rola ojcowskiego autorytetu świadczy również o dużym narcyzmie, a biadanie nad upadkiem męskich autorytetów zdradza tęsknotę odegrania jakiejś większej roli nie tylko w oczach kobiet [7].

Ostrzegali słusznie, bo już niebawem właśnie ta nieumiarkowana skłonność do kobiecego żywiołu stała się podstawą oskarżenia „guru kobiet” o „naruszenie postanowień Kodeksu Etyczno-Zawodowego Psychologa” [8]. Co skończyło się dla niego wymierzeniem kary zawieszenia w prawach członka Polskiego Towarzystwa Psychologicznego na okres jednego roku oraz „życiowym i wizerunkowym kryzysem” (Wariat, s. 215). Cóż, taka karma.

Ten życiowy kryzys chyba jednak nie był przesadnie surową nauką. W sumie Wojciech Eichelberger jest dzisiaj z siebie całkiem zadowolony. Dalej też uważa, że „poddanie się chwilowemu seksualnemu impulsowi to jeszcze nie zdrada”, o ile tylko „bez zwłoki przyznamy się do tego partnerce albo partnerowi” [9].

Natomiast dobra wiadomość jest taka, że w wyniku tych życiowych perturbacji wycofał się „z formalnego treningu zen” i teraz dokonuje wszelkich wglądów wyłącznie na własny rachunek. Tak więc przynajmniej buddyści mogą już spać spokojnie.

[1] Wojciech Eichelberger, Wariat na wolności. Autobiografia. Rozmowy Wojciech Szczawiński, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2019, s. 292. Dalej cytuję jako Wariat.
[2] Taki na przykład Nietzsche, perorując na podobne tematy, był znacznie ostrożniejszy:
„Abstrahowanie od czynnika jednostkowego i rzeczywistego dostarcza nam pojęcia, tak jak dostarcza formy, gdy tymczasem natura nie zna ani form, ani pojęć, a więc żadnych też gatunków, lecz tylko niedostępne nam i niedefiniowalne X, także nasza opozycja jednostki i gatunku jest antropomorficzna i nie pochodzi od istoty poszczególnych rzeczy, choć nie ważymy się rzec, iż jej nie odpowiada: byłaby to bowiem dogmatyczna teza, a jako taka równie niedowiedlna jak jej przeciwieństwo” (Friedrich Nietzsche, O prawdzie i kłamstwie w pozamoralnym sensie, [w:] IdemPisma pozostałe 1862-1875, przełożył Bogdan Baran, Inter Esse, Kraków 1993, s. 188-189; wyróżnienie moje).
[3] Dokumenty Soborów Powszechnych. Tekst grecki, łaciński, polski, tom I: Nicea I, Konstantynopol I, Efez, Chalcedon, Konstantynopol II, Konstantynopol III, Nicea II (325-787), układ i opracowanie ks. Arkadiusz Baron, ks. Henryk Pietras SJ, Wydawnictwo WAM, Kraków 2002, s. 223 (przekład Teresa Wnętrzak).
[4] Hasło „Albert Einstein”, dział Misattributed: „Everything is energy and that’s all there is to it. Match the frequency of the reality you want and you cannot help but get that reality. It can be no other way. This is not philosophy. This is physics”.
[5] Bunt czarownic. Z Wojciechem Eichelbergerem, psychoterapeutą, rozmawia Katarzyna Bielas, „Wysokie Obcasy” 2015, nr 22, s. 45. Dalej cytuję jako Bunt czarownic.
[6] Na wszelki wypadek podkreślę, że nie zajmuję tu stanowiska w sporze, czy współczesne oszacowania ryzyka szczepień są trafne, czy nie. Jednak gdyby nawet kiedyś miało się okazać, że nie są, to z pewnością nie stanie się to ani w oparciu o intuicje magiczno-naturalistycznego kobiecego żywiołu, ani w oparciu o wgląd mistrzów zen.
Nb. Eichelberger został przedstawiony w tym wywiadzie jako „psychoterapeuta, coach i trener, dyrektor Instytutu Psychoimmunologii” (Bunt czarownic, s. 44). Psychoimmunologii! Być może więc jego pochwała antyszczepionkowych kobiet to tylko zwykła próba przejęcia klienteli od konkurencji, to znaczy od tradycyjnych immunologów z ich szczepionkami pochodzącymi ze „sterylnych laboratoriów”.
[7] Jacek Dobrowolski, „List otwarty do Wojtka Eichelbergera”, 25 października 2003, budda.pl (strona zarchiwizowana). Lektura całości tego listu (wraz z licznymi załącznikami) może zainteresować również tych, którzy chcieliby wiedzieć, jak czasem w praktyce wygląda buddyjski rozwój duchowy i jakie bywają skutki wglądu w doskonałą, nieskazitelną i wszechobecną naturę wszechrzeczy.
Opisywany w tym liście Philip Kapleau to (już nieżyjący) mistrz Wojciecha Eichelbergera, który rozpoznał w nim mistrza rzecz jasna nie za pomocą dualistycznego myślenia, lecz „w sposób intuicyjny”:
„Widzisz człowieka, który niczego od ciebie nie chce, niczego nie zamierza ci narzucić ani do niczego przekonać, który po prostu jest, i odkrywasz w nim wszystko, za czym tęsknisz i do czego aspirujesz. To trochę jak zakochanie się” (Wariat, s. 286-287).
[8] „Orzeczenie sądu koleżeńskiego w sprawie W. Eichelbergera”, terapeuci.pl (strona zarchiwizowana). Pewnym uzupełnieniem może być też „List Instytutu Terapii Gestalt w sprawie wypowiedzi W. Eichelbergera dla Gazety Wyborczej” (strona zarchiwizowana), dostępny również tutaj w płatnym archiwum „Gazety Wyborczej”.
[9] Wyrwij kabel. Nie każdy romans jest zdradą. Zakochanie się w innym człowieku to jeszcze nie zdrada. Zdrada jest tam, gdzie zamiar, premedytacja, świadome działanie. Z Wojciechem Eichelbergerem, psychoterapeutą, rozmawia Aleksandra Szyłło, „Wysokie Obcasy” 2019, nr 31, s. 38.

KOMPROMITACJE, czyli błędy, zmyślenia, bałamuctwa, blagi, nonsensy, plagiaty, paralogizmy etc. etc. oraz niechlujstwo, hochsztaplerstwo intelektualne i brak odpowiedzialności za słowo w wypowiedziach osób publicznych.

Uprasza się cytować wraz ze wskazaniem źródła.

EBENEZER ROJT

https://kompromitacje.blogspot.com/2020/01/guru-kobiet-wojciech-eichelberger-albo.html

Get involved!

Comments

No comments yet