Prawicowa partia proletariacka

Nie, bynajmniej nie przejęzyczyłem się. Absurdalnym niniejszy tytuł może wydać się też jedynie ignoranckim korwinozjebom na równi z neokomuszymi kulkami dodupnymi, bowiem jednako nie pojmują, iż socjalizm nigdy w istocie nie był ruchem robotniczym, lecz ”tworem burżuazji” jak stawiał rzecz otwarcie Lenin w swym programowym ”Co robić?”.

Owszem, ideologia ta została ustanowiona w interesie wyzyskiwaczy a nie wyzyskiwanych, ”klas posiadających” jakich przedstawiciele byli jej głównymi doktrynerami, by wymienić arystokratów Kropotkina, Saint-Simona, Bakunina czy kapitalistów Owena i Engelsa.

Ten ostatni utrzymywał burżuja Marksa, pasożytującego tym samym na ”wartości dodatkowej” wypracowanej przez robotników, Karol był więc skończonym złodziejem w świetle własnych zapatrywań. Dlatego myli się Ziemkiewicz sprowadzając wzorem liberałów sojusz między kapitalistami a neobolszewią do czysto taktycznego porozumienia, gdzie jedna strona próbuje tylko użyć drugiej w doraźnym celu. Związek ten jest głębszy i bardziej organiczny. Bowiem celem jednych jak i drugich jest uformowanie planetarnej gładzi bez granic ni państw, ”ekonomiczne płaskoziemstwo” sprzyjające idealnej niemal cyrkulacji globalnego kapitału i ludzi.

Należy więc wykorzenić narody, rozbijając je na atomy wyalienowanych z wszelkiej tradycji i dotychczasowych kulturowych więzów jednostek, by z tej pulpy uformować nowy globalny porządek. Nie jest to bynajmniej żadna ”szurowska teoria spiskowa”, lecz wizja nakreślona i to z wyraźną aprobatą przez Marksa i Engelsa w ”Manifeście komunistycznym”.

Dlatego podczas lektury uderza wręcz niemożność ustalenia w jakiej mierze jest on krytyką, a w jakiej apologią wręcz kapitalizmu, oczywiście nie dla niego samego, lecz ze względu na cel do jakiego wiedzie wedle autorów, czyli obejmującego już cały glob, komunizmu. Wszakże to nie proletariusze, traktowani zresztą przez nich instrumentalnie, obejmą w nim władzę jak sobie to Karol z Frycem wyobrażali. Obecny rozwój wypadków zdaje się potwierdzać raczej zapatrywania Saint-Simona, gdzie centralnie sterowaną gospodarką zawiadywać ma kasta technokratów. I tak zresztą robotnicy, jako się rzekło, byli traktowani od początku przez socjalistycznych doktrynerów czysto instrumentalnie, stąd już Lenin z ledwo maskowaną pogardą klasową typową dla obszarnika, wieszał psy na związkach zawodowych grzeszących wedle niego zbyt ugodowym wobec władzy kapitału, reformistycznym ”tradeunionizmem”.

Ostatecznie proletariuszy przekreśliła kontrkulturowa ”nowa lewica”, przedkładając nad nich na mocy równie arbitralnie przyjętych założeń kobiety, Murzynów, zboczeńców seksualnych czy chłopstwo w krajach niegdysiejszego ”trzeciego świata”. Doszło już do tego, iż dla współczesnych radykalnych odmian bolszewii jak ”antyspecyści”, ”klasą uciskaną” są zwierzęta, a przebąkuje się i o bardziej elementarnych formach życia (za wyjątkiem, co osobliwe, ”przedludzkich” zygot bezlitośnie dyskryminowanych aborcją). Wpisują się tym w ramy systemowej biopolityki i reżimu sanitarnego rodem z koszmarów Foucaulta, zaprowadzania którego jesteśmy właśnie świadkiem.

To samo rzec można o ich entuzjazmie dla sprokurowanej na kolanie szczepionki i stygmatyzowaniu każdego przeciwnika przestępczych praktyk koncernów farmaceutycznych jako ”foliarza”. Pisałem o tym uprzednio, więc tylko przypomnę pokrótce, iż lewacy są wzorcowymi konsumentami uformowanymi przez ”social[ist] media” do konsystencji pozbawionej kręgosłupa moralnego ameby, stąd cyberkorpo mogą z nimi zrobić dosłownie wszystko i ożenić każdą, największą nawet bzdurę jak choćby tę oto, iż płeć stanowi rzekomo przedmiot ”osobistego wyboru”.

W każdym razie, należy to z całą mocą podkreślić, że socjalizm nie jest i nigdy nie był w interesie robotników, dlatego utożsamianie go z walką o ”prawa pracownicze” jest błędem, powszechnym niestety, na czym po równi pasożytuje korwinozjebstwo wraz z lewakami.

Jak to już wykazaliśmy marksowski fetyszyzm pracy nie ma zgoła nic wspólnego z banalnym mozołem utrzymania się przy życiu, za to wiele z prometejską, wprost tytaniczną wizją człowieka niczym jakowyś ”bóg” wykuwającego mocą swego rozumu i woli własny los. Przechodząc od rozważań natury ogólnej do ostatnich bezprecedensowych wypadków mających miejsce ostatnio za oceanem, paradoksalnie niosą one w ich świetle niejaką pociechę, bowiem z perspektywy czasu jasno widać, iż fenomen prezydentury Trumpa uruchomił pewien proces społeczny, którego już nie da się powstrzymać nawet najbardziej drakońskimi metodami opresji politycznej. Zgadzam się z Markiem Cichockim, trafnie diagnozującym, iż w USA odchodzi właśnie powtórka z ponapoleońskiej ”restauracji”, tyle że teraz to paradoksalnie ”rewolucjoniści” robią za establishmentową ”reakcję”. Biden, Pelosi i cała ta ”oświecona czerń” – wedle określenia Dostojewskiego – reprezentują partię ”żeby było tak jak było”, są jak ci przysłowiowi Burbonowie co to ”niczego nie zapomnieli, [ ale i ] niczego się nie nauczyli”.

Dlatego zaślepieni nienawiścią i nagromadzoną przez lata żółcią, chcą dokonać bezrozumnej pomsty na Trumpie i jego zwolennikach, co wszakże świadczy jedynie o słabości i desperacji. Sądzą najwidoczniej, że to był jedynie zły sen, niemożliwy wypadek przy pracy, i faktycznie dla nich epizodyczna jak się okazało kadencja ”orange mana” to był koszmar, mimo iż wcale im w niczym specjalnie nie zaszkodził, niestety.

Oczywiście zielonego pojęcia nie mam, bo i skąd, czemu Trump nie zdecydował się na zaprowadzenie republikańskiej z ducha, wolnościowej dyktatury, lecz wszystko skończyło się jedynie na QAnonowych napinkach w necie (zapewne grzanych celowo, aby wprawić w stan kontrolowanej histerii, i ośmieszyć zwolenników ustępującego prezydenta). Tymczasem armia i wywiad jednoznacznie opowiedziały się po stronie jego przeciwników, czego widomym dowodem inauguracja ”prezydentury” Bidena w otoczeniu żołnierzy i tajniaków, od jakich wprost roi się teraz w Waszyngtonie.

Doprawdy trudno o lepszą ilustrację tezy o faktycznym zamachu stanu z jakim mamy obecnie do czynienia w USA, i już tylko skończony dureń będzie wyśmiewał się z tego jako paranoicznych rojeń prawaków, no chyba że chcecie mi wmówić, iż wszystkie te nadzwyczajne środki bezpieczeństwa powzięto ze względu na ”człowieka-bizona”? Rad bym się też przy okazji wywiedzieć od lewackich foliarzy, jak tam z ich szurowską teorią spiskową o Trumpie jako ”ruskim agencie”, hm?

Jeśli zaś chodzi o rozważanie serio przyczyn zdumiewającej impotencji politycznej ustępującego prezydenta, stawiałbym na szkodliwy wpływ jego zięciunia zblatowanego mocno z establishmentem. Znamienne iż Trump skonfliktował się niemal z wszystkimi współpracownikami, na czele z de facto ojcem jego sukcesu politycznego Bannonem. Tymczasem Dżared nigdy bodaj nie wypadł z łask – cóż wiadomo – rodzina. Dlatego Trumpowi przypadła rola katalizatora, lecz zapewne przyjdzie mu ustąpić z czasem innemu liderowi populistycznego ruchu amerykańskiego proletariatu, jaki właśnie klaruje się na naszych oczach, mającego mniej skrupułów a zarazem bardziej przemyślnego w rozprawie z przeciwnikami. Bowiem, przypomnę, to głosy amerykańskiej białej klasy robotniczej wyniosły go do władzy, stąd różni prawacy pojękiwali wtedy, iż to ”ostatnie takie wybory”, gdyż za niedługo biali za oceanem będą mniejszością.

Owszem, tylko jakoś przy tym nie raczyli zauważyć, że ci biali proletariusze jeszcze w poprzednich wyborach prezydenckich gremialnie głosowali za Obamą i stanowili dotąd żelazny elektorat Demokratów. Dopiero gdy przywódcy amerykańskiej lewicy odwrócili się od nich, ostentacyjnie gardząc wręcz w klasowo-rasistowski sposób, zwrócili się ku prawicy a raczej samemu Trumpowi, który rzucił wyzwanie nie tylko swej byłej przyjaciółce Killary, ale i może nade wszystko partyjnej oligarchii Republikanów, zblatowanej dotąd z wielkim biznesem i finansjerą.

Rozbiło to wygodny dla obu stron amerykańskiej sceny politycznej niepisany układ, gdzie jedni udają troskę o ”wykluczonych” społecznie i ekonomicznie samemu będąc częścią układu władzy, drudzy zaś ostentacyjnie tamtych olewają kreując się na ugrupowanie ludzi przedsiębiorczych, gardzących ”hołotą na zasiłkach”. Swoje zrobiła tu również sprawa nieobecna praktycznie w mediach głównego ścieku, o której info natrafiłem na nieistniejącej już stronie internetowej ”amiszów marksizmu”.

Idzie o znaczne podwyżki składek ubezpieczeń w ramach ”Obamacare”. Projekt ten zachwalany jest jako rzekomo ustanowiony w interesie zwykłych Amerykanów, lecz w rzeczywistości służy głównie prywatnym agencjom ubezpieczeniowym zblatowanym z agendami rządowymi, uderzając za to mocno po kieszeni najbiedniejszych a ciężko przy tym pracujących obywateli USA.

Nie możemy również zapomnieć o aspekcie etnicznym i rasowym – otóż wbrew przytoczonym wyżej jojczeniom prawaków, Trump zgarnął bezprecedensową jak na prawicowego kandydata pulę głosów wśród Latynosów, a nawet czarnych Amerykanów. To nadal mniejszość, ale na tyle już znacząca, iż roszczącym sobie dotąd arbitralnie prawo do reprezentowania ich Demokratom zaczyna się od desperacji palić zad. Bowiem co bardziej kumaci Murzyni i Latynoamerykanie poczęli pojmować, iż te umizgi służą w istocie ich ubezwłasnowolnieniu.

Owszem, lewica stosuje de facto odwrócony rasizm wobec białych ludzi, potępiając ich za wszelkie możliwe zło i zarazem stawiając na piedestale ”kolorowych” (ciekawym tylko, co w takim razie z cierpiącymi na ”bielactwo”, blondwłosymi Murzynami – ich też dyskryminować, czy wręcz poprzerabiać na amulety, jak to mają we zwyczaju w wielu rejonach Afryki?). Wszakże towarzyszy temu perfidnie zamaskowana, niemniej wyraźna krytyka również mniejszościowych społeczności za rozpowszechniony w nich maczyzm, seksistowską dyskryminację kobiet i ”homofobiczną” pedałów.

Jest to bowiem nic innego jak sowiecka polityka ”korienizacji” w amerykańskim wydaniu, tam również chodziło o dowartościowanie wszelkich możliwych mniejszości etnicznych i religijnych, kosztem rzeczywiście dyskryminującego je dotąd wielkoruskiego szowinizmu. Tyle że wedle formuły twórcy tejże polityki Józefa Stalina, kultura miała być ”narodowa w formie, lecz socjalistyczna w treści” – o tym jak w praktyce wyglądało poszanowanie praw narodów zamieszkujących Sowiety, przekonywali się na własnej skórze Polacy zamieszkujący wydzielone im łaską bolszewików rezerwaty Marchlewszczyzny i Dzierżyńszczyzny. Nauka rodzimego języka służyła tu za narzędzie komunistycznej indoktrynacji, tak by napełnić nienawiścią do tradycyjnej polskości jako tworu ”panów i klechów”.

Daremnie na szczęście, o czym świadczy zwinięcie projektu przez władze i przejście do jawnego terroru wobec polskiej mniejszości. O klęsce zadecydowała w dużej mierze nieudolność bolszewickiego agitpropu, prymitywizm indoktrynerów czy to zsowietyzowanych całkiem post-Polaków, lub wprost Żydów nie kryjących nawet specjalnie swej pogardy wobec ”gojów”.

Dokładnie taki sam stosunek żywi biała lewica wobec niby hołubionych tak przez się grup etnicznych, rasowych czy seksualnych, i to nawet gdy dosłownie włazi im w tyłek. Nie może wszakże ukryć, że za frazesami o poszanowaniu ”odmienności kulturowej” kryje się stary imperializm tylko w nowym wydaniu, i próba przerobienia ”innego” na swą modłę. Pojmują to dobrze tacy czarni nacjonaliści, rasiści właściwie jak wywodzący się z frankofońskiej Afryki działacz Kemi Seba, który przejrzał manipulację BLM jako instrument władzy białych globalistów dla zniszczenia Trumpa, ale i perfidne odciągnięcie Murzynów od walki o prawdziwe samostanowienie, czyli ekonomiczne. 

Nazwał on wprost biały progresywizm ”najbardziej niszczącą spośród wszystkich siłą, osłabiającą tożsamość i tradycję naszej rasy”, wtórując zresztą w tym innemu czarnemu nacjonaliście Malcolmowi X. Należy przyznać, iż gość zaprezentował w kontrze sensowny program dla Murzynów, by zamiast robić z siebie wieczną ofiarę i agresywnie domagać się tylko od białych zadośćuczynienia za rzeczywiste jak i urojone winy, zaczęli wreszcie organizować się na wzór społeczności chińskiej, muzułmańskiej czy żydowskiej, umacniając w diasporze swą odrębną pozycję i status, a nie roztopić w multikulturowym tyglu jak chcą tego od nich w istocie globalistyczne elity.

Jak widać więc istnieje potencjał dla zagospodarowania przez ”nową prawicę” i wcale niewątpliwa marginalizacja białej rasy nie przesądza bynajmniej o zwycięstwie neobolszewii. Wymagać to wszakże będzie przewartościowania wielu zakamieniałych prawackich obciążeń ideologicznych, hamujących potencjał formacji po tej stronie politycznego sporu.

AUTOR: CHEHELMUT

Czytaj więcej na: http://stanczyk1.blogspot.com/2021/01/prawicowa-partia-proletariacka.html

fot. Wikimedia

Get involved!

Comments

No comments yet