Niemiecki publicysta Henryk M. Broder: Skala degeneracji w społeczeństwie niemieckim poraża

Forsowana przez niektórych polityków UE teza, jakoby płeć nie była wytworem biologicznym, lecz ‚konstruktem społecznym’, jest jednym z największych szwindli ludzkiej cywilizacji. Fakt, że w Niemczech już na ponad stu uczelniach może funkcjonować taki kierunek jak Gender Studies, który podpiera tę szaleńczą tezę szczodrze finansowanymi ‚rzetelnymi badaniami’, dowodzi kompletnej degrengolady – uważa Henryk Broder, niemiecki pisarz i publicysta die Welt pochodzenia polsko-żydowskiego, w rozmowie z Wojciechem Osińskim.

– W swojej najnowszej książce ‚Wer, wenn nicht ich’ (‚Kto, jeśli nie ja’) opisuje pan aktualną rzeczywistość polityczną w Niemczech, rozprawiając się m.in. z neonazistami i islamistami, licytującymi się w coraz radykalniejszych pomysłach na sprowokowanie oburzenia Żydów…

– Tak, choć dodałbym jeszcze trzecią grupę – lewicę. Dzisiejszy importowany antysemityzm jest bowiem oparty na wizji świata bez państwa izraelskiego, sformułowanej niegdyś przez przywódcę Iranu Ajatollaha Chomejniego, wspieranego do dziś przez niektórych zaciekłych komunistów. Przy czym nie chodzi tylko o lewicę stricte niemiecką. Na przykład lider brytyjskiej Partii Pracy Jeremy Corbyn uchodzi za jawnego przeciwnika państwowości Izraela. Ale o tej ‚modzie’ pisałem już dawno temu i gdzie indziej, choć wtedy przezywano mnie jeszcze ‚siewcą paniki’. Jak widać, wczorajsza panika jest dzisiejszą rzeczywistością. Natomiast w mojej nowej książce rozprawiam się raczej z regresem niemieckiej kultury politycznej. Wspominam co prawda o antysemityzmie, który jednak wciąż pozostaje zjawiskiem marginalnym – niezależnie od jego politycznego czy religijnego zabarwienia. Prawdziwy problem polega na tym, że totalitaryzm zapanował w niemieckim mainstreamie.

– Nie przesadza pan?

– Skądże, przecież Angela Merkel nieustannie nie przestrzega konstytucji. Kiedy ostatnio w Turyngii wbrew oczekiwaniom premierem został wybrany Thomas Kemmerich z FDP, a nie dotychczasowy szef rządu Bodo Ramelow z Lewicy, przebywająca akurat w Afryce kanclerz zażądała powtórki wyborów w erfurckim landtagu. Tyle tylko, że szefowa rządu federalnego nie ma prawa do ingerencji w wewnętrzne sprawy któregoś z krajów związkowych. A już na pewno nie ma prawa do anulowania demokratycznych wyborów. Też chciałbym odwrócić jej nominację na kanclerza, ale muszę uszanować werdykt większości. I dlatego właśnie zachowanie Merkel ociera się o totalitaryzm, ponieważ zakłada, że może sobie w każdej chwili uruchomić wehikuł czasu i unieważnić wynik wyborczy. Już nie mówiąc o innych zasadach w UE.

– Czyli nie przeszkadza panu, że Kemmerich został wybrany dzięki głosom Alternatywy dla Niemiec?

– Wie pan, to co wydarzyło się ponad miesiąc temu w Turyngii, jest solą demokracji. A ten ustrój ma to do tego, że wynik wyborczy jest często nieprzewidywalny. Jeśli ktoś sobie życzy przewidywalnych rezultatów, to musi się wybrać do Korei Północnej.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do zjawiska antysemityzmu w Niemczech. Pan jest przekonany, że opiera się on dziś na krytyce państwa Izraela. Czy wobec tego nie możemy już krytykować rządu izraelskiego? W świetle takiej definicji mielibyśmy bowiem zakneblowane usta, bo każdy nawet uzasadniony zarzut byłby określany ‚antysemityzmem’.

– Oczywiście, możemy krytykować każdy rząd, także ten izraelski, który na pewno nie jest wolny od błędów i wypaczeń, choćby w jego nastawieniu do Polski. Lecz tu chodzi o coś fundamentalnego: niektóre kraje islamskie, wsparte przez europejską lewicę, podważają rację bytu państwa izraelskiego. A jednocześnie milczą, kiedy w Chinach są prześladowani Ujgurzy oraz Tybetańczycy albo gdy Erdoğan szantażuje Unię Europejską.

– Jeden z liderów niemieckiego odłamu radykalnego ruchu klimatycznego ‚Extinction Rebellion’ ośmielił się niedawno zaznaczyć, jakoby bierność polityków wobec globalnego ocieplenia pociągała za sobą więcej ofiar śmiertelnych niż Holocaust. Czy podobne porównanie zasługuje już na miano szaleństwa? 

– Już od zarania dziejów ludzkości klimat ulega regularnym zmianom. To nic nadzwyczajnego. Lecz to, co do niedawna wyprawiali na niemieckich ulicach tzw. ‚ekodziałacze’, graniczyło już z ideologicznym obłędem. Dzisiejsza ‚zmiana klimatu’ jest produktem politycznego koniunkturalizmu, skonstruowanym w ludzkich umysłach. Z czystej ciekawości wybrałem się kilka razy na manifestacje ‚Fridays for Future’. Spotykałem dzieci, które uważają, że nie ma już sensu odrabiać lekcji, bo biorą udział w jakimś ‚historycznym przełomie’. Spotykałem młodych lekarzy, którzy zrezygnowali ze swojego zawodu w przeświadczeniu, że muszą ‚ratować planetę’, a nie zwykłych ludzi. I nie brakowało tam zagubionych radykałów, którzy dla ‚dobra klimatu’ chcieliby zlikwidować demokrację, która tylko ‚hamuje szybkie zmiany’. Jeśli przetrwamy obecną pandemię i zechcemy zobaczyć coś kompletnie irracjonalnego, wybierzmy się na jedną z piątkowych manifestacji klimatycznych.

– Są i tacy, którzy twierdzą, że ‚szczypta idealizmu’ żadnemu dziecku nie zaszkodzi…

– Jestem wyznawcą poglądu, że w najgorszym przypadku idealizm może doprowadzić do katastrofy. Przecież niemieccy naziści też byli ‚idealistami’, chcącymi ‚zrobić porządek’, zwalczyć bezrobocie, podnieść poziom życia zwykłych Niemców itd. Również ekodziałacze mają szczytne cele, tyle że ich idealizm jest chory. Owszem, emisja dwutlenku ma ujemny wpływ na klimat, ale na pewno nie wyłącznie. Zresztą np. mieszkańcy Grenlandii czują się beneficjentami globalnego ocieplenia, bo nareszcie mogą uprawiać warzywa w ogródkach. I przy okazji znaleźli ślady świadczące o tym, że już przed wiekami ich przodkowie robili to samo. Jeszcze raz – zmiany klimatu następowały od początku istnienia naszej planety.

– Ideolodzy LGBT też się uważają za niestrudzonych ‚idealistów’…

– Forsowana przez niektórych polityków UE teza, jakoby płeć nie była wytworem biologicznym, lecz ‚konstruktem społecznym’, jest jednym z największych szwindli ludzkiej cywilizacji. Fakt, że w Niemczech już na ponad stu uczelniach może funkcjonować taki kierunek jak Gender Studies, który podpiera tę szaleńczą tezę szczodrze finansowanymi ‚rzetelnymi badaniami’, dowodzi kompletnej degrengolady. Jeżeli można nawet już płeć sprowadzić do konstruktu społecznego, to można to uczynić ze wszystkim, pogrążając się w całkowitym bezładzie. I tu nie chodzi jedynie o ideologię LGBT, tylko o pewne zjawisko postępującej degeneracji, obejmującej coraz więcej sfer życia codziennego. Jeśli np. znajduję w skrzynce pocztowej ulotkę restauracji, która specjalizuje się w wegetariańskich ‚potrawach z owadami’, to sobie myślę: już niżej niemieckie społeczeństwo nie może się stoczyć.

– Pan sam też słynie z kontrowersyjnych porównań. Z kryzysem epidemiologicznym zbiegł się kolejny kryzys migracyjny. Na grecko-tureckiej granicy obdywają się dantejskie sceny. Pan twierdził, że ciągnąca się od 9 lat wojna w Syrii jest gorsza niż zbrodnie dokonane w Auschwitz. Czy ofiary wojny można porównać z systematyczną zagładą różnych grup etnicznych?

– Naprawdę nie chciałem nikogo skrzywdzić i wiem, że szczególnie w Niemczech powinniśmy być ostrożni z takimi porównaniami. Ale niemieccy dziennikarze niemal codziennie ulegają pokusie porównywania wszystkiego ze wszystkim – Trumpa z Hitlerem, ośrodków dla imigrantów z obozami koncentracyjnymi i UE ze Świętym Cesarstwem Rzymskim. Owszem, uważam że sceny docierające z Syrii budzą większą grozę niż pożółkłe zdjęcia z Birkenau, nie tylko dlatego, że bomby Asada również są skierowane w szczególne grupy. Przy czym na pewno nie chciałem żonglować liczbami ofiar. Auschwitz jest historią, niezwykle dokładnie udokumentowaną, która już w tej formie się nie powtórzy. Natomiast wojna w Syrii wciąż trwa – za sprawą mediów na naszych oczach. Syria jest o tyle gorsza niż Auschwitz, że Zachód po zagładzie Żydów zasłaniał się argumentem, jakoby ‚nic nie wiedział’. W dobie mediów elektronicznych ten argument już nie jest wiarygodny. Nikt nie będzie mógł powiedzieć, że zamordowanie setek tysięcy niewinnych ludzi umknęło naszej uwadze.

– Wielu ekspertów obawia się, że w UE może dojść do kolejnego kryzysu uchodźczego. Czy Niemcy zniosłyby kolejną falę imigrantów jak w 2015 r.?

– Na pewno nie, zresztą kryzys z 2015 r. przecież wciąż trwa. Nigdy w najnowszej historii Niemiec nie przeżyliśmy w tak krótkim czasie tak intensywnych zmian społecznych nastrojów i politycznych emocji. Niemiecką prasę zdominowały niemal w pełni tematy imigrantów, islamu czy burek. Tak jakby wszelkie inne problemy zniknęły w mgnieniu oka, jakby w Niemczech nie było już bezdomnych, kłopotów z infrastrukturą, ze szkołami itd. To się odbiło na nastrojach, kryzys uchodźczy wprawił Niemców w stan ciągłego napięcia i niepewności. Dla pospolitych konsumentów prasy miliardy wydawane na ratowanie waluty euro były abstrakcją. Jednak teraz wychodzą oni na ulicę i widzą, że krajobraz się zmienia, a ich sytuacja pogarsza. Zamachy terrorystyczne, wykroczenia na tle seksualnym – to już namacalna rzeczywistość. I wtedy się zastanawiają: jak to, na ratowanie Unii i uchodźców mieliście pieniądze, a co z nami, naszymi dziećmi, zrujnowanymi szkołami? Jeżdżę po całym kraju i widzę, że ludzie mają najzwyczajniej dość, optymistyczny przekaz Merkel kłóci się z ich realiami. Pani kanclerz wie, że w 2015 r. popełniła kardynalny błąd, którego już nie odwróci. Wyborcy odebrali jej najważniejszy mandat – przestali jej ufać. Dlatego myślę, że nie popełniłaby go po raz kolejny.

– Z tzw. ‚Willkommenskultur’ Angeli Merkel walczył pan, zanim to określenie trafiło do obiegu medialnego. Niedawno pan napisał, że ten, kto kieruje się jedynie współczuciem, jest pozbawiony rozumu. Niektórzy twierdzą, że pan przesadził.

– Przeczytał pan ten komentarz do końca? Otóż dodałem, że ten z kolei, kto czytając o wojnie w Syrii i kryzysie imigranckim nie ma współczucia, ten nie ma serca. Tyle tylko, że w obliczu obecnych wydarzeń współczucie jest czymś oczywistym, ale – niestety – nie wystarcza. Przed obecną sytuacją w Europie ostrzegałem już 14 lat temu. W wydanej w 2006 r. książce ‚Hurra, kapitulujemy’ krytycznie odniosłem się do postawy Zachodu, opartej na przekonaniu, że dzięki naszej ‚aksamitnej życzliwości’ poskromimy islamistów. Wtedy mówiono, że jestem skończonym wariatem i znów zatruwam przestrzeń publiczną niepotrzebną paniką. Pewien znany dziennikarz wyrzucił na wizji moją książkę do kosza. Jeszcze nie było ‚arabskich wiosen’, choć pod syryjską przykrywką już ostro wrzało. Na ironię zakrawa fakt, że dziś ta sama osoba ode mnie odpisuje. Proszę mnie zrozumieć, popieram każdą pomoc prawdziwym uchodźcom. Tyle że nasza ‚Willkommenskultur’ została zbudowana na nieprzyzwoitym fundamencie. Niemiecki rząd federalny od 2011 r. biernie obserwował, jak w Syrii przelewana była krew. Nikt na Zachodzie nie palił się do interwencji, obawiając się, że wybuchnie pożar na całym Bliskim Wschodzie. I co? Pożar i tak trawi tamten region, co gorsza – utorował sobie drogę do Niemiec. Zobaczyliśmy go przed własnymi drzwiami i dopiero wtedy zareagowaliśmy. I nie dość, że Zachód nie zainterweniował, zanim doszło do katastrofy, to następnie pod szyldem ’empatii’ kazał maszerować tym biednym ludziom tysiące kilometrów przez Europę.

– To rzeczywiście coś nieprawdopodobnego…

– To było niezwykle przykre i skandaliczne przedstawienie – ten, kto dotrze cały i zdrowy, zasłuży sobie na szansę pobytu w Europie Zachodniej. No dobrze, i co teraz? Uchodźcy dotarli do Niemiec i żyją w rozpaczliwych warunkach. Mieszkają w kontenerach, w halach sportowych. Tak im pomogliśmy? Przecież gołym okiem widzimy, że cały system zawiódł. Za granicą działają wywiady, niemieckie fundacje i nikt nie przewidział obecnej sytuacji? Niccolò Machiavelli trafnie zauważył, że najbardziej wątpliwe środki, które cel uświęca, należy wdrożyć zaraz z początku. Trzeba było wysadzić Asada z siodła, ponosząc cenę chwilowej destabilizacji. Zawiodły zresztą nie tylko Niemcy, ale cała UE.

– W książce pt. ‚Ostatnie dni Europy – czyli jak pogrzebaliśmy dobry pomysł’ pan bezlitośnie rozprawia się z instytucjami UE. Co się stało, że nasza wspólnota pogrążyła się w kryzysie?

– O niektórych przyczynach już wspominałem, powiem tylko tyle: Unia zachowuje się jak pacjent z bólem zęba, który wzdraga się przed wizytą u dentysty. Dziś weźmiemy tabletkę, przynoszącą chwilową ulgę, ale w rzeczywistości odwlekamy problem, który niechybnie się powiększy. Szkoda tylko, że akurat w przypadku tego pacjenta kosztem tysięcy ludzi i naszych pieniędzy. Unię nie boli zresztą już jeden ząb, lecz cała szczęka, na domiar złego teraz jeszcze zakażona koronawirusem. Jedno jest pewne – po tym kryzysie UE będzie już wyglądać inaczej. Pandemia koronawirusa jest dla mnie niezbitym dowodem, że Bóg jednak istnieje.

– Co ma pan na myśli?

– Dotąd nie mogłem udowodnić, że istnieje, tak jak nie mogłem udowodnić, że nie istnieje. Ateizm jest przecież też tylko namiastką religii. Również sceptycy muszą najpierw uwierzyć w to, że nie wierzą. Ale od kilku tygodni naprawdę wierzę, że Bóg istnieje. Przyzwolił już na wiele – na katastrofy, wojny, Holocaust, masakry w państwach afrykańskich i na Bałkanie oraz neonazistowskie zamachy w Hanau. Jednak trudno nie odnieść wrażenia, że teraz cierpliwość Boga została wystawiona na próbę i miarka się przebrała. No i przysłał nam koronawirusa. Nie dlatego, żeby nas sprawdzić, ale żeby nas ukarać. Dlaczego? A no dlatego, że chcieliśmy Mu dorównać. Pogrążeni w bezkresnej pysze udawaliśmy Boga, poważnie zakładając, że możemy za niego sami rozwiązać problemy związane z globalizacją, biedą, ze zdrowiem czy zmianą klimatu. Wystarczą tylko apele do rewolucyjnego przewrotu oraz unijne dyrektywy pani von der Leyen. Nie modlimy się przed obiadem czy kolacją, ale za to ubóstwiamy Gretę Thunberg i Extinction Rebellion. Tymczasem autostrady są dalej zakorkowane, a Kościoły puste. Zabrakło nam najzwyczajniej pokory. W końcu Bóg powiedział ‚basta’ i nagle kanały w Wenecji się same oczyściły, emisja dwutlenku w Chinach uległa redukcji, a problemy demograficzne w Europie się rozwiązały. Pan Bóg ma dobre poczucie humoru, ale nie lubi, gdy ktoś Go robi w bambuko.

Rozmawiał: Wojciech Osiński

źródło: tysol.pl

Get involved!

Comments

No comments yet