Czekają nas drastyczne zwolnienia. Będziemy także mniej zarabiać

Pracodawcy nie mają złudzeń – w obecnej sytuacji nie stać ich na utrzymanie wszystkich pracowników. Blisko połowa firm przebadanych na początku kwietnia przez Polski Instytut Ekonomiczny planuje obniżyć swoim pracownikom pensje, a 28% przedsiębiorstw szykuje zwolnienia.

W marcu nastąpiła fala zwolnień. Doszło do nich w małych firmach, np. w gastronomii i branży fit, ale i w większych spółkach, m.in. w sieciach handlowych. Kryzys zatrudnienia nie ominął pracowników z sektora odzieżowego i sportowego. Po tym, jak centra handlowe zostały zamknięte, pracodawcom przestało się opłacać utrzymywanie personelu sklepów. O ile etatowcy mają bufor bezpieczeństwa w postaci Kodeksu pracy, o tyle pracownicy, którzy mieli umowę zlecenie, są chronieni w mniejszym stopniu.

– Zatrudnieni na podstawie umów cywilnoprawnych są w dużo gorszej sytuacji. Konstrukcja prawna tych umów nie przewiduje takich rozwiązań jak Kodeks pracy. Jeżeli w umowie o dzieło lub zlecenia nie zawarto zapisów dotyczących wynagrodzenia przestojowego, nie przysługuje ono zatrudnionemu – przypomina Katarzyna Siemienkiewicz, ekspertka ds. prawa pracy z organizacji Pracodawcyy PR.

W opłakanej sytuacji są firmy usługowe
Międzynarodowi przewoźnicy, osoby zatrudnione przy organizacji koncertów i eventów czy firmy świadczące usługi dla turystów praktycznie nie mają zleceń. Przykłady można mnożyć, a w ciągu najbliższych miesięcy sytuacja prawdopodobnie ulegnie pogorszeniu. Kłopoty firm zajmujących się handlem i usługami potęgują ograniczenia w transporcie.

– Organizacje obawiają się głębszego kryzysu ekonomicznego, który będzie skutkował mniejszymi możliwościami usługobiorców w perspektywie długofalowej. Recesja będzie bardziej dotkliwa, a firmy przygotowują się do większego cięcia kosztów, a nie tylko przeczekania trudnej sytuacji – tłumaczy cytowany w komunikacie prasowym Rafał Franczak, Business Unit Manager w agencji doradztwa personalnego HRK.

Przez COVID-19 hamuje produkcja
Ze względu na przepisy związane z COVID-19 fabryki mają ograniczone możliwości produkcyjne, a niektórzy pracodawcy mogą mieć problem z utrzymaniem się na rynku. Co prawda produkcja odnotowuje mniejsze straty niż branża usługowa, ale i ona odczuwa negatywne skutki epidemii koronawirusa. Dotyczy to zwłaszcza mniejszych firm z ograniczoną płynnością finansową.

Dobrym przykładem jest przemysł produkcyjny, który odnotowuje rekordowe straty. Produkcja, nowe zamówienia i eksport odnotowały najszybszy spadek od grudnia 2008 r. – wynika z ankiet przeprowadzonych wśród 200 kierowników firm produkcyjnych przez spółkę IHS Markit.

Nastroje wśród firm produkcyjnych znacznie się pogorszyły, a w przeciągu najbliższych 12 miesięcy możemy spodziewać się kolejnych spadków. Zwłaszcza że część firm bazuje na półproduktach sprowadzanych zza granicy, np. z Indii.

Jak wskazuje Barbara Misiewicz-Jagielak, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego, Indie są głównym dostawcą ibuprofenu do Europy, surowce z Indii wykorzystuje się także do produkcji paracetamolu, a 26% substancji czynnych wykorzystywanych w lekach sprzedawanych na terenie Unii Europejskiej pochodzi właśnie z tego kraju. Już teraz brakuje leków na niektóre dolegliwości, a lista deficytowych produktów leczniczych prawdopodobnie będzie rosnąć.

Pracodawcy nastawiają się na dłuższy kryzys
Po osiągnięciu rekordowo wysokiego bezrobocia i permanentnym wzroście PKB czekają nas spadki. Maleje zarówno popyt, jak i podaż na towary i usługi. 62% firm przebadanych przez PIE przyznało, że zmniejszyło się zainteresowanie oferowanymi przez nie produktami lub usługami. Wyhamowanie polskiej gospodarki oznacza mniej miejsc pracy i więcej osób bezrobotnych. Będzie przybywać firm, które zakończą swoją działalność, a pracownicy muszą liczyć się z obniżeniem dochodów.

Z analiz Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że tylko co czwarta firma (26%) posiada oszczędności pozwalające przetrwać ponad trzy miesiące kryzysu. 22% podmiotów gospodarczych, głównie z sektora handlowego, jest w stanie utrzymać się na rynku z oszczędności przez trzy miesiące. Jednocześnie 39% firm przebadanych przez PIE zakłada, że kryzys wywołany epidemią COVID-19 utrzyma się co najmniej do wakacji, a 32% respondentów uważa, że na poprawę trzeba będzie czekać do końca roku.

Brak płynności finansowej przedsiębiorstw może być niepokojący dla pracowników, zwłaszcza dla osób zatrudnionych w małych firmach. Z danych PIE wynika, że 7 na 10 mikrofirm przez koronawirusa odnotowało spadki. Tylko 36% pracodawców zamierza utrzymać wynagrodzenia na dotychczasowym poziomie, a 46% już teraz wie, że obniży pensje. Mało tego, 28% firm już teraz szykuje zwolnienia. Mogą one objąć nawet połowę osób zatrudnionych.

Niektóre branże zyskują na koronawirusie
Nie wszyscy przedsiębiorcy cierpią z powodu pandemii. Zwiększyło się zapotrzebowanie na kursy i szkolenia online, dużym zainteresowaniem cieszą się także platformy e-learningowe czy porady psychologiczne świadczone zdalnie. Nawet firmy z branży fitness szukają sposobów na koronawirusa. Niektórzy trenerzy czy nauczyciele jogi prowadzą zajęcia online, pro bono i odpłatnie.

Dużą elastyczność wykazał Multisport, który zaproponował swoim klientom dostęp do filmów z ćwiczeniami oraz treningów live za pół ceny. Na stronie operatora można także wygenerować kod uprawniający do uczestniczenia w spotkaniu online zorganizowanym przez firmę współpracującą. W pakiecie są również: wyzwania sportowe, plany dietetyczne oraz bonusy z oferty Player.pl, platformy eTutor, Audioteki czy Legimi.

Do nowej sytuacji na rynku pracy szybko dostosowały się działy marketingu i trademarketingu. Marketerzy nie narzekają na brak pracy, a wręcz przeciwnie, niektórzy mają jej więcej niż dotychczas. Wzmożony ruch można także zaobserwować w działach zaopatrzenia i zamówień publicznych – wskazuje firma HRK. Nawet jeżeli firmy zdecydują się na obniżenie pensji i wprowadzenie wynagrodzenia przestojowego, w dalszym ciągu pracownicy działów marketingu będą potrzebni. Muszą jednak odnaleźć się w nowych realiach home office.

Praca zdalna nie przysparza problemów młodym ludziom, którzy dobrze radzą sobie z nowymi technologiami, natomiast utrudnia pracę handlowcom. Ci ostatni mają teraz ograniczone możliwości spotkania z klientem i muszą ratować się aplikacjami do telekonferencji. Home office to także duże wyzwanie dla zespołów, które dotychczas komunikowały się ze sobą w firmie.

– Największe kłopoty w tym obszarze mają managerowie o niskim poziomie zaufania i znacznej potrzebie kontroli, a tych nie brakuje. Świadome firmy starają się przystosować ich do zaistniałej sytuacji, zapewniając coaching umiejętności managerskich – wskazuje Rafał Franczak.

Sprzedaż w branży spożywczej kwitnie, ale cierpią pracownicy
Zupełnie inaczej wyglądają realia pracy w dużych sklepach i dyskontach spożywczych. Tutaj nie ma mowy o pracy zdalnej, przynajmniej na razie. Nowe obostrzenia rządu sprawiły, że początek kwietnia Polacy spędzili na świeżym powietrzu, w kolejkach po jedzenie. Sieci handlowe zareagowały na to “oblężenie” wydłużonymi godzin pracy. Niektóre placówki handlowe, np. Biedronka czy Lidl, są czynne do godz. 24.00, a nawet przez całą dobę. Nowe godziny pracy mają ułatwić klientom zakupy przed świętami Wielkiej Nocy.

Zaistniała sytuacja niepokoi przedstawicieli NSZZ „Solidarności”. Jak wskazują związkowcy, pracownicy sklepów i dyskontów już teraz są przeciążeni pracą, a ponadto część z nich może mieć problem z transportem do domu. Ich sytuacji nie poprawia tarcza antykryzysowa, która daje pracodawcy możliwość skrócenie czasu wymaganego na odpoczynek.

Za: naszemiasto.pl,wiadomości Sanok,

Get involved!

Comments

No comments yet