Dał nam przykład Niemiaszek jak fałszować mamy?

No proszę, oto jak - nie wiadomo dlaczego - redakcja wpolityce.pl napisała: w kraju, w którym "głęboko zakorzeniony w niemieckim społeczeństwie szacunek dla demokracji" dochodzi do fałszerstw wyborczych!

https://wpolityce.pl/swiat/461670-afera-w-niemczech-glosy-oddane-na-afd-...

Już w niedzielę odbędą się wybory do parlamentów niemieckich krajów związkowych Saksonia i Brandenburgia. Tymczasem wybuchła afera wokół członka komisji wyborczej w Brandenburgii. Mężczyzna przyznał w rozmowie z niemieckim dziennikiem „Der Tagesspiegel", że pod koniec maja podczas wyborów samorządowych, które odbyły się równolegle z eurowyborami, głosy oddane na AfD przypisał Zielonym. W którym z miast nie wiadomo, mogło to być według „Maerkische Oderzeitung" Fürstenwalde, Erkner, Eisenhüttenstadt, Beeskow, Müllrose, Storkow albo Friedland. Wiadomo za to, że mężczyzna działał – jak sam twierdzi – spontanicznie i z pobudek czysto ideologicznych. Bo jego serce „bije po lewej stronie".

Jak przekonuje lokalny polityk CDU Sascha Gehm nic takiego się w zasadzie nie stało. W końcu chodziło tylko o wybory do rady miejskiej w jakiejś małej mieścinie, a tam rada miejska co najwyżej decyduje o wywozie śmieci czy strefach parkingowych. Dlatego „ta akcja była głupia". A ponadto kontrole i zabezpieczenia podczas wyborów do landtagów oraz Bundestagu są o wiele większe. Obowiązuje tam zasada „dual control" (zasada czterech oczu/Vier Augen Prinzip).

Niemniej jednak fakt, że członek komisji wyborczej mógł sfałszować wybory, bo chciał ratować Niemcy przed tzw. „populistami", jest przerażający. Ilu jest takich członków komisji wyborczych? Gdzie się podział wydawałoby się głęboko zakorzeniony w niemieckim społeczeństwie szacunek dla demokracji? „Marius Lange" (pseudonim) powiedział dziennikarzom „Tagesspiegel", że głosy liczyło u niego w komisji sześć osób, „ale nikt nie zwracał na mnie uwagi ani mnie nie kontrolował, to przyznałem cześć głosów oddanych na AfD Zielonym". Część to znaczy ok. 50, młody mężczyzna sam nie wie ile. Denerwowało go to, że partia Alexandra Gaulanda cieszy się w Brandenburgii taką popularnością (15,6 proc.), że na wschodzie Niemiec panuje rasizm i ksenofobia. Gorszy niż w Berlinie i na zachodzie Niemiec. A jeśli on mógł sfałszować wybory to mogą to zrobić także tamci, znaczy się faszyści z AfD. Dlatego – jak twierdzi – zgłosił się do gazety. Mimo ryzyka, bo za fałszowanie wyborów grozi w Niemczech do pięciu lat więzienia.

I tu dochodzimy do ostatniej części tego prowincjonalnego dramatu. Rzecznik prokuratury w Poczdamie Klaus Nolte bowiem powiedział „Maerkische Oderzeitung", że nic mu nie wiadomo o fałszerstwie, nie zostało ono odnotowane, nie toczy się w tej sprawie żadne śledztwo. Po tym jak sprawa zyskała szeroki rozgłos stwierdził, że już wiele tygodni temu prokuratura wszczęła w tej sprawie dochodzenie. Prokuraturę miał poinformować o fałszerstwie w lipcu landowy pełnomocnik ds. wyborów. Tym bardziej dziwi, że nie poinformowała o tym opinii publicznej. Niektórzy twierdzą, że chodziło o to, by sprawa nie napędziła AfD jeszcze więcej wyborców z okazji wyborów do landtagu. Ale to jak wiadomo tylko złośliwe pomówienia.

Faktem jest, że - jak „Marius Lange" sam mówi – sfałszowanie wyborów było dziecinnie proste. Nikt nie zwracał na niego uwagi, inny członek komisji czytał mu z listy liczbę oddanych głosów na daną partię, a on notował co chciał. A gdyby mógł cofnąć czas to zrobiłby – jak podkreślił – dokładnie to samo, nasz lewicowy bohater, bo to co zrobił było słuszne. Pozostaje mieć nadzieję, że członkowie komisji wyborczych w niedzielę będą mniej zaczadzeni ideologicznie. A ponieważ jesteśmy przy fałszerstwach, to dziennik „Die Welt" ujawnił, że politycy Zielonych fałszowali listy czytelników do regionalnego dziennika „Kieler Nachrichten". „Walter Stängel" i „Bernd Seiler" – oto nazwiska pod którymi politycy Zielonych z  małej gminy Schewninental koło Kilonii Dennis Mihlan i Andreas Müller pisali listy do gazety. W nich wyrażali poparcie dla Zielonych i skarżyli się na lokalnych polityków CDU oraz SPD. Tak często i z tak wielkim zapałem, że sprawa się w końcu wydała. Także dlatego, że treść listów w łudzący sposób przypominała deklaracje prasowe ich partii. Obaj panowie musieli zrezygnować z politycznych i partyjnych urzędów, mandaty radnych jednak zachowali.

Jak widać demokracja – co najmniej lokalna – w Niemczech się rozwija. Pytanie czy we właściwym kierunku.

autor: Aleksandra Rybińska

Politolog. Absolwentka Instytutu Nauk Politycznych w Paryżu. Dziennikarz portalu wPolityce.pl i tygodnika Sieci, członek zarządu Fundacji Macieja Rybińskiego, Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej (FWPN) i zarządu głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (SDP). Wcześni