Przesłanie prof. Andrzeja Nowaka na Konferencji St. RKW ws Mediów

Kultura i historia: wyzwanie dla mediów publicznych

Wielce Szanowni Państwo,

Troska o to, by media przestały służyć okłamywaniu obywateli i codziennemu manipulowaniu ich emocjami, jest powodem tego spotkania, w którym dziś Państwo uczestniczycie, a je, niestety, ze względu na wcześniejsze zobowiązania, uczestniczyć nie mogę. Najserdeczniej dziękując za zaproszenie do tej, tak ważnej, paląco ważnej dziś narady, nie chcę rozwijać wątku wszechobecnego w mediach publicznych III RP kłamstwa i hipokryzji. W tej sprawie chcę przypomnieć jedynie najbliższą mi, zwięzłą refleksję Barbary Toporskiej, żony Józefa Mackiewicza, wybitnej pisarki i publicystki londyńskich „Wiadomości”. W swym najważniejszym może tekście publicystycznym, O demokracji, pisze ona tak: „We wszystkich sporach można znaleźć platformę kompromisu, lub przynajmniej wzajemnego szacunku. Oprócz sporów o rzeczywistość”. Dostęp obywateli do rzetelnej wiedzy o rzeczywistości, do faktów – to jest fundament demokracji: „Im lepsza informacja, tym lepsza demokracja, a bez rzetelnej informacji demokracji nie ma. Najbardziej tajne i nieskrępowane wybory są fikcją przy zatajeniu przed opinią publiczną tego, co się dzieje” .(„Wiadomości” londyńskie, listopad 1971). Tyle tematów czeka na ujawnienie przed opinią publiczną w Polsce, na wprowadzenie do obiegu rzetelnej informacji. Państwo wymienią je na pewno w swoich debatach.

Ja pozwolę sobie zaproponować krótkie rozważania o innym niż informacja aspekcie misji publicznych mediów. Streszcza je jedno słowo: „kultura”. Gdybyśmy zaczęli od jego definicji, to moglibyśmy zauważyć, że termin ten pojawia się w naszych słownikach w roku 1861, kiedy wileński Słownik języka polskiego notuje jego znaczenie przenośne: „uprawa umysłowa, kształcenie umysłu i obyczajów” (Wilno 1861, cz. 1, s. 564). Pierwszy dwudziestowieczny Słownik – Karłowicza, Kryńskiego, Niedźwieckiego – w nader interesujący sposób rozbudowuje tę definicję. Przypomnijmy ją – otóż kultura to „wpływ przeobrażający, wywierany przez człowieka na udoskonalenie spraw ludzkich i przystosowanie warunków otoczenia przyrodzonego do swoich potrzeb; ogół wytworów ducha ludzkiego i przeobrażeń w otaczającej przyrodzie usiłowaniami człowieka osiągniętych” (J. Karłowicz, A. Kryński, W. Niedźwiedzki, Słownik języka polskiego, t. 2, Warszawa 1902, s. 628).

Bardzo mnie ta definicja zainspirowała. Przeanalizujmy jej odniesienia do misji nadawców publicznych. Wszyscy chyba zgodzą się co do tego, iż telewizja czy radio wywierają „wpływ przeobrażający” – i że o wpływie tym, o jego kierunku decydują ludzie, konkretni ludzie – nie zaś bezosobowe procesy, siły czy żywioły. Wszyscy chyba zgodzą się także co do tego, iż wpływ ten zmienia warunki „otoczenia przyrodzonego” – że przedmiotem oddziaływania wielkich mediów elektronicznych jest natura, natura człowieka. Media uprawiają naturę człowieka. W jakim kierunku? Co chcą osiągnąć? Czy rzeczywiście jest to wpływ „na udoskonalenie spraw ludzkich”? – Tu już zgody łatwo nie osiągniemy. To jest właśnie wielki problem, który nas tutaj gromadzi.

Nieco dwuznacznie w jego kontekście brzmi już stwierdzenie o dostosowywaniu owej natury, owego „otoczenia przyrodzonego” do „swoich potrzeb”. Jakie są to potrzeby? I czyje konkretnie: potrzeby nadawców raczej czy odbiorców? Kto i na jakiej podstawie je określa? Coraz częściej słyszy się, że problem odpowiedzi na owe pytania unieważnia obiektywne działanie praw rynku. Potrzebą instytucji działającej na rynku jest zysk. Instytucje medialne szukają zatem potrzeb odbiorców swojej oferty w taki sposób, by zapewnić sobie przede wszystkim zysk. Przy takim założeniu odbiorcą jest jednostka, chciałoby się powiedzieć statystyczna jednostka, dająca się odnotować w sondażach oglądalności czy słuchalności. Jednostka – konsument. Logika rynku zdaje się jednak w takim wypadku dyktować nie przystosowanie „warunków otoczenia przyrodzonego” do potrzeb „udoskonalenia spraw ludzkich” – ale odwrotnie: przystosowanie oferty mediów DO „warunków otoczenia przyrodzonego”. Mówiąc inaczej: do instynktów ludzkiej natury. Najłatwiej do tych najniższych. W rzeczywistości można mówić nawet o zjawisku zmieniania owej natury – nie ku temu co doskonalsze, ale ku temu, co gorsze. Współczesne wielkie media pokazują często człowieka nawet nie takim jak jest, ale gorszym niż może być.

Łatwiej jest schodzić w dół niż wspinać się w górę. W każdym razie ludziom o słabym sercu. Cywilizacji jednak nie da się w ten sposób budować. Buduje ją bowiem to, czego ona od ludzi wymaga, a nie to, co im daje. Co im pod nos, pod oczy podsuwa. Cywilizację telewizji konsumenckiej buduje jeden wymóg – konsumowania właśnie. To zaś oznacza redukcję natury ludzkiej do jej zwierzęcego poziomu. Charakterystyczna dla cywilizacji współczesnych mediów obsesja zwierzęcą naturą człowieka wyraża się widocznie w zainteresowaniu także głównie tym, co znajduje się między jego nogami – nie tym, co nad głową. Media są narzędziem rozrywki. Rozrywki, która za ich pośrednictwem uległa totalizacji. Świetnie opisał ten fenomen Neil Postman, który zwrócił uwagę na niebezpieczeństwo zabawienia się na śmierć. Na uniepoważnienie wszystkich poza rozrywką dziedzin życia – poprzez ich redukcję w mediach do poziomu rozrywki właśnie. „Bez większego protestu i w sposób nie zauważony przez opinię publiczną, polityka, religia, informacja, sport oświata i gospodarka zmieniły się w dodatek do przemysłu rozrywkowego”. Homo ludens staje się w tym systemie alternatywą homo sapiens.

Współczesne media mają także jedną jeszcze wyrazistą tendencję, w której podważona zostaje inna, przez starożytnych już dostrzeżona jako wyróżnik człowieczeństwa cecha. Człowiek współczesnych mediów to nie jest już „zoon politikon” – istota o społecznej naturze. Media są narzędziem rozrywki przede wszystkim, ale rozrywki inaczej organizowanej i inaczej przeżywanej niż miało to miejsce we wcześniejszej historii ludzkości. To jest rozrywka organizowana dla wyizolowanych jednostek i przeżywana przez nie także w izolacji. Telewizor nie jest miejscem spotkania. Każdy ogląda w samotności – można powiedzieć. Nawet jeśli obok siebie siedzi przed telewizorem dwoje czy więcej osób.

To właśnie podważenie społecznej natury człowieka, potraktowanie odbiorcy oferty mediów jako indywidualnego konsumenta jest doskonale sprzeczne z samym pojęciem nadawcy publicznego. Publiczny musi znaczyć w tym wypadku adresowany do pewnej wspólnoty.

Jaka to jednak ma być wspólnota? I czy misja nadawcy publicznego polegać ma na podtrzymywaniu, czy też raczej burzeniu jednej wspólnoty i próbie zastępowania jej inną? Kto o tym decydować powinien? Bardzo trudne pytania.

Zanim spróbujemy na nie odpowiedzieć, zacznijmy od stwierdzeń mniej kontrowersyjnych. Jako polityczny układ odniesienia dla współczesnych mediów publicznych w Polsce wskazujemy bez wahania demokrację. Demokracja oznacza zgodę na poddanie próbie chaosu, anarchii nawet, w którą przerodzić się może swoboda wyrażania sprzecznych opinii i interesów. By takiej tendencji zapobiegać potrzebny jest w demokracji stały wysiłek wychowawczy. Sankcją demokracji będzie zawsze uznanie obiektywnej prawdy o wartościach, poczucie moralne jako podstawa, na której można oprzeć racjonalnie pojęty wspólny interes – wspólne dobro. Ów wysiłek wychowawczy podjąć można po spełnieniu kilku warunków.

Pierwszy i najważniejszy bodaj jest taki, by podejmować go z perspektywy członka danej wspólnoty, jej uczestnika, kogoś, kto dzieli jej losy, kogoś, kto NIE STOI PONAD NIĄ. Trzeba ją podejmować z perspektywy obywatela miasta, nie zaś chłodnego analityka, rozcinającego tkanki obcej sobie istoty. Także nie z pozycji moralisty, który ocenia, sam nie oddając się ocenie.

Wielkim niebezpieczeństwem jest oddanie kontroli nad wychowawczą misją mediów publicznych w ręce ludzi, którzy stawiają się ponad wychowywaną wspólnotą. Richard Pipes w swojej analizie fenomenu roli intelektualistów rosyjskich w przygotowaniu bolszewickiej rewolucji określił ich mianem samozwańczych rzeczników wszystkich tych, którzy nie mają udziału we władzy. Ostrzeżenie przed kulturową dyktaturą takich rzeczników wydaje się nadal aktualne. Odnosząc się bezpośrednio do sfery współczesnych mediów Erich Fromm czy Abraham Maslow mówią także o niebezpieczeństwie „dyktatury anonimowych autorytetów”. Polega ona na tym, że istotnych wyborów za nas – odbiorców masowych mediów publicznych – dokonują ukryte „autorytety”: specjaliści od reklamy, kreatorzy mody – nie tylko tekstylnej, ale intelektualnej. Wmawiają oni odbiorcom, że mają oni jakieś poglądy, co więcej – że ich poglądy są szczególnie oryginalne, że są świadectwem ich niezależności. To stąd padają takie hasła, jak „Wybierz siebie” czy – plakatowane niegdyś w Krakowie – „zrób se dobrze”. Bądź sobą – wybierz Coca colę, Philipsa, albo KOD czy PO (nie idzie mi o nazwę partii tylko o sam mechanizm). Zasadniczą cechą owego mechanizmu jest manipulacyjne podejście do odbiorcy medialnej oferty.

Fundamentem wspólnoty jest nie manipulacja ale przyjaźń – filia, opisana w Etyce Nikomachejskiej (ks. VIII i IX) przez Arystotelesa. Szacunek oparty na wzajemnej znajomości, na podzielanych wzajemnie wartościach i na wspólnym uczestnictwie w rzeczywistości.

Największą, najszerszą wspólnotą, wobec której człowiek jest w stanie najczęściej odnieść swoje osobiste doświadczenie, wspólnotą, w której można nadać naszemu życiu kształt dążenia ku wspólnemu dobru jest wspólnota narodu. Poprzez nią lepiej możemy się zrozumieć, w niektórych aspektach naszej kultury tylko poprzez nią możemy się zrozumieć. Tak ujął to np. Jan Paweł II w Warszawie w 1979 roku: „Nie sposób zrozumieć człowieka inaczej, jak w tej wspólnocie, którą jest naród […] wspólnocie najważniejszej dla dziejów duchowych człowieka”. Papież spod Wawelu wskazał także bez wahania najważniejszy wyznacznik owej wspólnoty. Mówił o nim w swoim przemówieniu na forum UNESCO w 1981 roku tymi słowami: „Naród jest wielką wspólnotą ludzi, których łączą różne spoiwa, ale nade wszystko kultura”.

Otóż „nadawca publiczny” nie może o tej wspólnocie, o tak rozumianej wspólnocie zapomnieć. To właśnie jest najważniejszy odbiorca jego misji. I z tej perspektywy – uczestnictwa w owej wspólnocie – najważniejszym zadaniem, jakie stoi także przed mediami publicznymi jest praca nad odbudową przyjaźni między Polakami, przyjaźni w ramach polskiej polis. Bez odtworzenia przyjaźni w najszerszej wspólnocie nie obronimy się przed bandytami, naszych dzieci przed pornografią i narkomanią, siebie samych na koniec przed eutanazją…

Jeśli podstawą naszej wspólnoty ma pozostać kultura, to sprawą niewątpliwie zasadniczą jest utrzymanie przekazu miedzypokoleniowego: kultura jest bowiem owocem kultywowania darów natury, podnoszenia ich wzwyż, dla „udoskonalania spraw ludzkich”, pracą nie jednostkową, jednorazowym zrywem, ale pracą kilkudziesięciu pokoleń już, które we wspólnocie polskiego języka, polskiej historii, polskiej kultury nas poprzedzają. Musimy tę pracę, pamięć o niej, a przede wszystkim jej owoce przywoływać stale.

W mediach publicznych potrzeba, jak mi się wydaje, o wiele więcej żywo, atrakcyjnie przedstawionej historii. Naszej historii. Pod tym względem na pewno jest bardzo wiele do zrobienia, do nadrobienia. Wzór kultury masowej współczesnego świata – telewizja amerykańska, eksploatuje własne wątki historyczne z ogromnym powodzeniem. Przypomnę nagradzane i cieszące się ogromną popularnością seriale paradokumentalne o wojnie secesyjnej, nawrót heroicznej historii amerykańskich chłopców w II wojnie w obsypanym Oscarami Szeregowcu Ryanie, historię pionierską powracającą w micie westernu. Gdzie są nasze seriale o Kościuszce, gdzie żywe portrety ojców-założycieli polskiej demokracji z XVI wieku? Gdzie są dokumenty ożywiające wspomnienie współczesnego wojnie secesyjnej powstania styczniowego? Dziś możemy z tej epoki zobaczyć tylko ponury, choć świetnie zrobiony film Quentina Tarantino o rozbiciu społeczeństwa amerykańskiego przez wojnę secesyjną właśnie… Ale co z polską historią w mediach, z tysiącami dosłownie niewykorzystanych, a fundamentalnie ważnych i zarazem fascynujących w swej narracyjnej warstwie tematów?!

Bez stałego wysiłku przypominania tego, co heroiczne, co wielkie i dobre w naszej historii – nie odnowimy przyjaźni między Polakami. Przyjaźni na wspólnym wstydzie z własnej historii, ani tym bardziej na jej zapomnieniu – nie da się zbudować.

Przypomnienie historii ma jednak inny jeszcze, bezcenny jak mi się zdaje, walor we współczesnej sytuacji kulturowej. Historia to oczywiście nie tylko dobro i nie tylko heroizm. Historia to także przypomnienie zła i uwrażliwienie na jego potencjalną obecność w naszym także życiu. Rzetelne przypomnienie historii wyraża się językiem dramatu. Tak jak w starożytnej Grecji – dramat jest środkiem poruszenia naszych najgłębszych emocji i ich oczyszczenia. W dzisiejszych mediach dominuje tymczasem raczej ton ironii, zabójczy dla zrozumienia powagi życia. Dziś często nie chcemy przyjąć do wiadomości zła, przykrości, nawet dramatu wyboru: wybór bowiem nie jest tylko szansą, ale także dramatem właśnie. Historia, a zwłaszcza historia polityczna jest lekcją dramatu życia, dramatu moralnych wyborów. Dziś próbuje się ją usuwać jako nieużyteczną – jako coś, „co nam się już nie przydarzy” – w naszych „szczęśliwych czasach”, w naszej w każdym razie, wreszcie „szczęśliwej szerokości geograficznej”.

Historia się nie skończyła. Nie skończył się także dramatyzm naszego życia. Musi być on wyrażany językiem poważnym. Prawdziwy świat, który opisują „twarde fakty” historii, nie da się zredukować do rozrywki. Występujące w nim dylematy i dokonywane w nim wybory nie są dyktowane wyłącznie seksualnym libido bądź żądzą materialnego zysku. To, co nas podnosi ponad zwierzęcą naturę – to właśnie przedmiot historii rozumianej jako opowieść o dojrzałych ludziach, próbujących brać swój los w swoje ręce, odnajdujących w zaangażowaniu w sprawy publiczne szansę wyjścia poza rutynę materialnych konieczności prywatnego życia, traktujących sferę publiczną jako domenę wolności i odpowiedzialności także. Historia przypominana w tej perspektywie byłaby może również lekcją dla współczesnej polityki, szansą wydostania kwestii politycznych z obszaru wszechogarniającej dzisiaj ironii, drwiny.

Historia tak kultywowana byłaby ważnym na pewno elementem pracy nad „przystosowaniem warunków otoczenia przyrodzonego” do potrzeb człowieka, potrzeb udoskonalonych.

prof. Andrzej Nowak

Edukacja/Media: